Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O życiu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O życiu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 sierpnia 2014

nowe jutro.

Moi Drodzy, jak to już wspominałam parę wpisów wstecz - moja droga do medycyny się skończyła, tematyki bloga zmieniać nie chcę, bo cóż, nie wyobrażam sobie go pod innym tytułem. Tak więc, wiedziona nieustającą chęcią dzielenia się ze światem swoją grafomanią stworzyłam nowego bloga!
Na Wayoven nie będą już pojawiać się posty, zainteresowanych przekierowuje TU
Pozdrawiam i zapraszam;)

piątek, 1 sierpnia 2014

pendulum.

'Pielęgnuj swo­je marze­nia. Trzy­maj się swoich ideałów. Masze­ruj śmiało według mu­zyki, którą tyl­ko ty słyszysz. Wiel­kie biog­ra­fie pow­stają z ruchu do przo­du, a nie ogląda­nia się do tyłu.'



Życie jest dziwne. Nie wiem ile razy rozpoczynałam wpis od tych słów, ale z pewnością będzie tego trochę. Powinnam osobną kategorię stworzyć. Dochodzę do wniosku, że czasem wszystko mnie przerasta. Mam ochotę zaszyć się w czterech kątach, ze słuchawkami na uszach, wpatrzona w maleńkie czarne ślimaczki, opowiadające mi najdziwniejsze historie z gatunków medycznych, paramedycznych, kryminalnych czy innych nie mniej fascynujących. Zbyt często uciekam ostatnimi czasy. Przepraszam. Samą siebie w sumie, bo potrafiłam wykreować dokładnie taką osobę jakiej szukałam i jaką w środku byłam, a nagle znowu zaczęłam to gubić. W imię czego? W imię świętego spokoju, ot zgubne pragnienie naiwnej duszyczki. Człowiek całe swoje życie przechodzi w przeświadczeniu odpowiedniego postępowania, aż tu nagle wystarczy maleńki bodziec, który spowoduje uzyskanie całego obrazu, a nie jego okrojonej wersji. Najsmutniejsze w tym jest to, że nie wiadomo jak postąpić. Nagle to nad czym tyle czasu pracowaliśmy, poświęciliśmy tyle energii, nasze zasady, marzenia, wewnętrzne normy znikają. Od tak. Jakby powiał zbyt mocny wiatr. Parę razy w życiu przeżywałam coś takiego. Za każdym razem udawało mi się wrócić na odpowiedni tor, za każdym razem dźwigałam się silniejsza. Dochodzę do wniosku, że czasem doza zdrowego optymizmu jest przydatna. Właśnie w takich sytuacjach pomaga odnaleźć siebie w gąszczu miliona fałszywych twarzy i złudnych nadziei. Możliwość jest tylko jedna - iść naprzód.
Zrobiłam ogromny krok do przodu. Przeskoczyłam przepaść, czuje niesamowite zmęczenie, szczęście, przeplatające się ze zdenerwowaniem, niedosyt, który czeka na pełne nasycenie. Bydgoszcz Kochani, Bydgoszcz - to tam spędzę najbliższe tygodnie, miesiące, pewnie i lata, jako studentka farmacji. Pisząc to, na mojej twarzy pojawił się uśmiech - serio, nie koloryzuje w tym momencie. Pierwszy raz w życiu poczułam takie niesamowite szczęście. Owszem, wyobrażałam sobie tę chwilę jako bardzo radosną, ale nawet najśmielsze oczekiwania nie pokryły się z tym co rozegrało się tych kilka dni temu w moim małym ciałku! Miałam ochotę wykrzyczeć w świat wszystkie skumulowane endorfiny! Przelać na każdego przechodnia, każde drzewo, każdy liść, każdego psa, ażeby cały Świat cieszył się wraz ze mną w tej wspaniałej chwili. Narrator w mojej głowie ogłosił małej Ziemi cudowną nowinę, a we Wszechświecie rozbrzmiały oklaski i fanfary. Przyznam, że jest to też niemały stres - prawie 500km od domu, praktycznie sama dla siebie, bez Rodziców narzekających po raz kolejny na niepochowane naczynia, czy na to, że niedługo ich opuszczę. Ale jest to bardzo pozytywny stres. Ostatnio w pracy przeleciało mi przez myśl - Boże, jak bardzo chciałabym być już w tej Bydgoszczy. Ale już koniec densów i bansów, bo ucierpiała na tym moja kończyna, a niestety zapasowej nie mam. Tak więc, ograniczam się do poruszania w rytm muzyki i śpiewania (czyt.wrzeszczenia wniebogłosy) radosnych pieśni pochwalnych (nie, nie mam w rękach śpiewnika kościelnego). Pozostaje tylko pomalować paznokcie i w ogóle będzie cudownie.
Ech i dochodzimy do puenty. Moja droga do medycyny prawdopodobnie się zakończyła. Z jednej strony, nie chcę się żegnać, a z drugiej pragnę zacząć nową historię, może z nowym blogiem? Ten pozostanie dla potomnych, a nóż widelec jakaś żądna wsparcia prawie medyczna duszyczka postanowi zagłębić się w moją historię. Hmm, tak na dobrą sprawę, nie wiem czy może to być motywacja, koniec końców, na lekarski się nie dostałam. Mimo to, nie chcę niszczyć sporego kawałka swojej historii, jaki tu spisałam. Uwielbiam pisać, nie wiem czy długo wytrzymam bez tego, ale nie wiem też czy będę mieć czas i chęci. Niczego nie obiecuję, ale też nie żegnam się na dobre.
Pozdrawiam ciepło Wszystkich i do zobaczenia ponownie, może w innych częściach internetów, a może w tym samym. Życie pokaże.

wtorek, 15 lipca 2014

spiders web.


'Trze­ba zaw­sze pa­miętać o pas­ji: bez pas­ji nie ma sztu­ki; sztu­ki nie ma bez ry­zyka. [...] W sztu­ce nie ma spo­koju. Ja­ko ar­tysta pan spo­koju nie zaz­na nig­dy, a wyrzec się świętej sztu­ki dla pow­szechne­go spo­koju jest zbrodnią. '

Bardzo długo nosiłam się z zamiarem napisania choćby kilku słów, pokazania jaka to jestem silna, jak bardzo mam na wszystko "wyrąbane", jak spłynęły po mnie ostatnie wydarzenia jak po kaczce. Cóż, ostatni wpis był co nieco depresyjny. Sama czytając go wielokrotnie i za każdym razem odnajdując w każdej literze kolejne pokłady żalu, miałam wrażenie, że słowem nasuwającym się od razu jest "dno". Samo samiutkie ciemne dno. Moje życie w tym momencie, moja sytuacja, jeden wielki syf. Kiła i mogiła. Ale ciężko mi zaprzeczyć gdy ktoś twierdzi, że jestem silna. Bo jestem. Bo dałam radę na tyle na ile dałam z okropną masakrą, jaka mnie dopadła. Popełniłam wiele błędów, wielu sytuacji w tym momencie wolałabym uniknąć, dla własnego zdrowia, którego troszku też się napsuło przez ten rok. Nasuwa się pewnie stwierdzenie, skoro piszę ten wpis, prawdopodobnie dostałam się gdzieś na farmację. Otóż, nic bardziej mylnego. Piszę raczej ten układ kilkudziesięciu zdań, tworzących niejako logiczną całość, bo mam przed sobą podróż do Stolicy, w celu zawiezienia dokumentów, na kierunek, którego nie chcę studiować, który stał się planem bardzo awaryjnym, a który na chwilę obecną jest wszystkim co mam. Tak bardzo smutne i tak bardzo prawdziwe. Wiecie, rozpoczynając powtarzanie do poprawki matury nie mogłam się w tym odnaleźć, w końcu, trafiłam na korepetycje z biologii do niesamowitej nauczycielki, która uświadomiła mi dlaczego kocham tę dziedzinę. Pokazała różne aspekty, nie tylko te sztywne ramy, które są nam przekazywane przez "typowych nauczycieli biologii" (nie generalizuję tu, bo wiem, że znajdują się jeszcze osoby potrafiące nauczyć i zachęcić ucznia, tak więc, nie określam wszystkich co do joty, jakby coś ktoś). Cisnęła, pokazała mi, że potrafię i początkowo było mi tak cudownie, błogo, uczyłam się z pasją, robiłam zadania, poświęcałam się temu bez reszty. Znalazłam złoty środek. Znalazłam siebie. Później poznałam pana P. Początkowo nie dawałam za wygraną, na pierwszym miejscu mojego życia była nauka, przygotowanie i przez myśl mi miłości nie przeszły. No dobrze, może przeszły w pewnym momencie. I to był moment kluczowy, kiedy lekko przystopowałam, więcej czasu spędzałam w lokalach, zajadając się przysmakami różnej maści, smakując trunki z całego świata i napawając się Jego towarzystwem. Jeżdżąc po nocy, czasem bez celu, słuchając Michaela Jacksona, podziwiając migoczące w oddali światła i dyskutując zawzięcie na kolejny niezwykle istotny, bądź też bardzo błahy temat. Smakując sushi i czując, że jest to coś tylko naszego, co nas spaja. Spacerując po pobliskich łąkach, chowając się za drzewami i bawiąc jak dzieci w podstawówce. Gdy spędzasz z kimś tak wiele czasu, osoba ta staje Ci się bardzo bliska, czujesz, że zaczynasz mieć względem niej coraz poważniejsze plany, że chciałbyś te plany urzeczywistnić. Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa jak przez tych kilka miesięcy. Później odwiedziła mnie stara dobra przyjaciółka - samotność. I już została. Tak się zadomowiła, że tylko czasem na chwilę wychodzi, pod pretekstem spaceru czy zakupu nowej sukienki. Smutek, żal, gorycz. Motywy przewodnie mojego urlopu bezpłatnego, który trwał bagatela dwa miesiące. Otrzeźwienie i jeszcze większe zmotywowanie na cel, i ta potworna bezsilność, kiedy nie raz nie potrafiłam uczyć się całymi dniami na pełnych obrotach, bo pod wieczór głowa mi pękała. Chęć spełnienia marzenia, cel, który nie majaczył już w oddali, lecz był na wyciągnięcie ręki i krzyczał "nie bój się i sięgnij po mnie wreszcie!" Powrót do rzeczywistości. Monotonia, rutyna, dzień jak co dzień - motywy przewodnie ostatnich dwóch miesięcy. Pan P, czasami przypominający sobie o mnie, ale na zasadzie :bardzo mi na tobie zależy, dlatego chciałbym pielęgnować tą przyjaźń. I poczucie bycia "planem awaryjnym". I potworny żal. A mimo to tląca się gdzieś pod tą grubą skórą nadzieja. Mała iskierka, która dogasnąć nie chce. Nadzieja na nowe jutro.
Jestem w tym momencie już bardziej przed niż za, zrobiłam mały nieśmiały kroczek do przodu, a nie jeden w przód, a dwa do tyłu jak dotychczas. Jeszcze nie przeskoczyłam wielkiej przepaści, ale kto wie.
Czekam na farmację. Ze stoickim spokojem śledzę kolejne listy. Głowa pełna myśli, aż w niej huczy i mam wrażenie, że zaraz uszami wyjdą, i zaczną się rozlewać na boki. Hmm. Ale przepełnia mnie pewność. Życie pokaże.
Obiecałam podsumowanie roku jakoś w czerwcu. Jest środek lipca, a mój rok właśnie został bardzo sprawnie podsumowany w tych kilku słowach, zmierzamy ku mecie i fajerwerkom na końcu.
Pozdrawiam wszystkich i szczerze, z całego serca gratuluje tym, którzy dostali się na wymarzone kierunki. Odwaliliście kawał dobrej roboty, możecie być z siebie dumni!


sobota, 28 czerwca 2014

no title.

I'm done...



Czuję żal. Nie wiem czy to jakiś życiowy niefart, fatum czy inna nieciekawa pokraka sprawia, że tak wiele rzeczy nie idzie po mojej myśli. Dziękuję, jestem skończona. Nie będę lekarzem. Nie będę stomatologiem. Mam ogromną nadzieję, że chociaż farmaceutą będę, bo ilość moich punktów może w jakiś ostatnich listach, jako te niedobitki najgorszej maści, pozwoli mi na dostanie się. Gdzie? Nie mam pojęcia. Gdziekolwiek.
Dziękuję wszystkim za tak wielki doping, czułam niesamowite wsparcie z każdego komentarza. Dziękuję za każde miłe słowo. Dziękuję za to, że dla niektórych mogłam być jakimś przykładem na niesamowitą mobilizację. Domyślacie się jak się mogę w tym momencie czuć biorąc pod uwagę cały ten rok walki, również ze samą sobą.
Wierzę, że będzie dobrze.

czwartek, 19 czerwca 2014

beth/rest.

"Wszyscy jesteśmy tacy sami. Bez względu na ewentualne zewnętrzne różnice – w środku dążymy do tego samego. Miłości, poczucia akceptacji, spełnienia w związku z drugą osobą.
Nic innego nie zastąpi obecności drugiej osoby, nic
nie zastąpi bycia z drugim człowiekiem."


Achh.. Tak bardzo leniwy dzień. Trzeci wolny, niesamowite wprost. Wczoraj stwierdziłam, że zaczyna mi uciekać któraś klepka, kiedy siedząc sobie i patrząc w przestrzeń pożałowałam, że nie ma mnie w pracy... Ahahaha. Na szczęście prędko się otrząsnęłam, skarciłam i ruszyłam w błogostan dnia wolnego. Wyspałam się, troszkę ogarnęłam dom, wygrzałam stare kości, zajadałam się lodami i świeżutkimi truskaweczkami z jogurtem naturalnym, i cukrem. Oglądałam durne seriale i filmy, i doszłam do wniosku, że oduczyłam się obijania. Tak bardzo smutne. Wciąż wymyślam sobie co nowego za chwilę zrobię. Za minut parę postanowiłam powalczyć z pokojem, choć jak na mnie, jest on obrazem jeszcze nie najgorszym. Odwiedzę dziadka, kościół też pasuje, popatrzę w niebo i posłucham szumu liści. Achh, jak wspaniale, jak cudownie. Jeszcze tylko niewiele ponad tydzień. Ta myśl kotłuje mi się w głowie.
Rozkręciłam się trochę, praca przestała być tak nużąca - tfu tfu - paradoksalnie znalazłam w tym jakiś cel i trzymam się go kurczowo. I tak niewielka przepaść dzieli mnie i świadomość, a z każdym dniem odległość zmniejsza się. Relaks...



wtorek, 3 czerwca 2014

let's play birds.

"Znudzisz się. To, co jest urocze, szybko staje się irytujące."J. Żulczyk

Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona. Chronicznie zmęczona.. Mam wszystkiego po dziurki w nosie i tak bardzo pragnę zmian, ciągnie mnie do nowości, które majaczą w oddali, jako wizje przyszłości. Nie mogę się doczekać. Praca irytuje bardziej niż wcześniej i bardziej męczy. Właściwie to ludzie irytują. W szczególności jeden osobnik. Ech, po raz kolejny przekonuję się jak prędko i łatwo można przejść z uczuć pozytywnych do negatywnych. Po raz kolejny się zawodzę i jest mi niesamowicie przykro. W tym wypadku nawet bardziej. Pan P przestał dla mnie oficjalnie istnieć. I nie da się ukryć, że oboje wręcz z upragnieniem spoglądamy w przyszłość, gdzie prawdopodobnie nie będzie miejsca dla jakiegokolwiek "my". Smutne. Widzieć te wszystkie pary, tych szczęśliwych ludzi, przypominać sobie za każdym razem chwile z nim spędzone i smucić się jeszcze bardziej. Rozmawiać z nim jak zawsze i w odwecie słyszeć albo nieprzyjemne słowa, albo coś rzucone "na odczep", i ponownie się smucić. Tęsknić za przeszłością, pragnąć jej powrotu, robić wszystko, żeby choć w maleńkim stopniu wróciła i smucić się na maksa, bo nic z tego nie wychodzi, bo on stał się obojętny, jakby ktoś nagle wymazał mnie gumką, jakby patrzył na mnie, i mnie nie widział. Uśmiechamy się do siebie, flirtujemy jak zwykle, ale mam wrażenie, że czasem jest to trochę udawane. Pan P stał się mega nieprzyjemny, przez co (albo dzięki czemu) pomaga mi w całkowitym pogrzebaniu uczuć wyższych, jakie do niego żywiłam. Wolne dni spędzam na leżeniu brzuchem do góry, zajadaniu lodów i oglądaniu serialów. Wcześniej ćwiczyłam, ale po maratonie "dziesiątek" w pracy jedynym ćwiczeniem jakie mogłam wykonać następnego dnia był ruch kciukiem i "drzemka". Nie mogę się doczekać kiedy D przyjedzie ze studiów. Będziemy mieć mało czasu dla siebie, bo tylko miesiąc, a biorąc pod uwagę moją pracę to może być różnie. Ech, ale pierwsze co musimy zrobić to urządzić sobie wieczór pod namiotem z butelką wina .
Wracając do pana P, już nawet nie mam siły drążyć tego tematu. Kiedy zobaczyłam go ostatnio jak przyszedł na zakupy ze swoją dziewczyną poczułam jakby ktoś postanowił "na żywca" sprawdzić jak wyglądają moje wnętrzności - nie polecam. Pracowałam wtedy cały bity dzień, a kiedy ledwie żywa i przybita wróciłam do domu zamknęłam się w łazience, i pierwszy raz od bardzo dawna rozkleiłam się. Nie chciałam nikomu znowu zaprzątać głowy moimi problemami, wmówiłam sobie, że jestem silna, że tyle już przeszłam, że taki pan P nie odbierze mi radości z życia i zadowolenia z siebie, nie odbierze mi chęci. Powiedzmy, że zadziałało, następnego dnia wszystko co mu zarzucałam i wszystkie moje argumenty nie miały dla mnie żadnego sensu. Doszłam do wniosku, że muszę po prostu zacisnąć zęby i przetrwać. Przetrwałam już prawie rok, co to więc dla mnie niecałe 3 miesiące? Nim się obejrzę, a będę żegnać moje wspaniałe góry i pozostawię wszystko za sobą, mając na horyzoncie wizję nowego początku. Tabula rasa.





niedziela, 20 kwietnia 2014

iron sky.


'[..]Poddaję się nurtowi wszechświata. Daję się mu wieść. Pozwalam moim zmysłom szaleć, nie staram się niczego uspokoić, daję się nieść falom. Pozwalam życiu żyć.'

Święta święta i po świętach, jak to z resztą zwykle bywa. Moje mijają pod znakiem dużej ilości nikomu nie potrzebnego jedzenia, przygotowań i atmosfery lekko bym rzekła napiętej. Początkiem marca Rodzice obchodzili dwudziestopięciolecie swojego pożycia małżeńskiego, tak więc uparli się zorganizować w święta obiad dla rodzinki. Wujkowie jak zwykle chamscy i nieprzyjemni, rozmowy niezmiennie o niczym, widać, że z przymusu. Parę zabawnych sytuacji. I smutne stwierdzenie jak bardzo czas upłynął, chwilowe pochylenie się nad sprawą, i równie smutne wnioski.
Poza tym po raz kolejny przekonałam się jak bardzo jestem różna od najbliższej rodziny.
Rozwiązywałam sobie arkusz i pewnym momencie doznałam olśnienia, i postanowiłam sklecić kilka zdań. Utknęłam i nie wiem co pisać.
O tym jak jestem samotna i próbuje odnaleźć siebie w tej samotności? Zbyt wiele osób na świecie to czuje. A ja im więcej czasu spędzam tylko ze sobą tym bardziej uczę się słuchać własnych myśli.
O strachu? O uporze maniaka? O niesamowitej chęci? O powoli dającym się we znaki zmęczeniu? Czy może po raz kolejny o uczuciach, które zbyt wcześnie wysiadły z tego abstrakcyjnego pociągu obłudy? Tak szczerze, nie mam na to siły. Nie wiem czy wziąć vademecum i czytać, czy może obejrzeć film, czy poczytać książkę, którą próbuję skończyć od pół roku. Wiem jedno - że CHCĘ.



wtorek, 8 kwietnia 2014

riptide.

'Nie na­zywaj moich marzeń szaleństwem jeśli sam, oprócz
sza­rej rzeczy­wis­tości 
nie masz nic więcej.' 





Dziś tak piękna pogoda.
Achh, nie każcie mi się uczyć w tak cudną pogodę.
Nie każcie mi patrzeć na tę wspaniałą pogodę
Przez okno
Choć w sumie, sama sobie każę. Parę chwil spędziłam wygrzewając swoje obolałe kości na słońcu, w słomianym kapeluszu i - oczywiście- z nieodstępującym mnie na krok Vademecum z biologii. Prawie idealnie. Prawie. Nie licząc niemożności przeczytania choćby jednego słowa na większą odległość niż 10cm i zlewaniu się odbitych literek we wspaniały kolorowy misz masz. Uroki słońca. Prędko więc zabrałam się z powrotem do mojej dziupli. I zamiast siedzieć, i po raz wtóry powtarzać.. zaraz, wybaczcie, znowu pieprze od rzeczy. Włączyłam laptopa, zorientowałam się "co w trawi piszczy", zobaczyłam prześmieszne podsumowanie bodaj wczorajszego wystąpienia J.J i mogę powiedzieć, że w dniu dzisiejszym mam dość internetów:D Postanowiłam napisać notkę kierowana niepohamowaną chęcią podzielenia się ze światem swoim wspaniałym nastrojem. Dzielę się.
Aż naszła mnie ochota złapać rower i pedałować jak oszalała przez góry, doliny, lasy, i pola, w upragnione zaciszne miejsca. Wspomnienia wakacji, miła rzecz. Cóż, jednak po przekalkulowaniu wszystkiego, przewałkowaniu przez różnej grubości wałki, doszłam do pokrętnego wniosku, że otóż nie jest to czas na takowe zabawy. Owszem, mogę sobie wieczorem pozwolić, jeśli bardzo ładnie będę sprawować się przez resztę dnia (czyt. przerobię wszystek materiał, który mam zaplanowany i wszystkie arkusze, jakie w tym planie się pojawiły). Miałam spotkać się dziś ze znajomą. No niestety, wyszło jak wyszło, czyli szydło z worka. Tak też podejrzewałam, że pewno nici z tego i kiszka. Jednak wciąż ma niesłabnąca nadzieja szeptała gdzieś przy uchu "może". Napisałam więc do niej z rana i wyglądało na to, że zupełnie zapomniała, że się ze mną umawiała... Życie. Piszę więc, nic się nie dzieje, bo tak szczerze, mam to po prostu w poważaniu, jeśli się z kimś nie spotkam zdecydowanie będę mieć jak spożytkować ten czas. Choć w sumie mój plan na ten tydzień powstał w oparciu o fakt, że jeden dzień muszę wykluczyć - bo planowałam spotkanie, chwilową wizytę w pracy, wycieczkę po galeriach i sklepikach przydrożnych w celu zakupienia sukienki na maturę. Jednak bardzo dobrze się złożyło, tym sposobem będę mogła szybciej ogarnąć anatomię i fizjologię, którą na ten tydzień zaplanowałam.
Rozmawiałam ostatnio przez skype'a z dobrą znajomą, która w styczniu wyjechała do Anglii. Stwierdzam, że niesamowite jak pewni ludzie potrafią na nas wpływać! Wystarczy chwila rozmowy, parę szczerych słów, śmianie się z byle pierdół. Taak, zdecydowanie jest to wielki życiowy plus - mieć kogoś takiego. I mimo tego, że miałam tego dnia potwornie wisielczy humor, a poprzedniego przynudzałam mamie o moich boleściach i rozstrojach emocjonalnych, już po chwili rozmowy z nią nastąpiła znaczna poprawa.
Co mogę jeszcze napisać?
Wspaniała pogoda! Wspominałam już?
Genialna muzyka w tle! Wspominałam, że kocham pozytywne piosenki, które aż dają kopa do działania?
Nie mogę się doczekać czwartku i piątku. Mam kilka maturek przerobionych i strasznie jestem ciekawa ich wyników, i wyników tych, które ostatnio dawałam korepetytorkom do sprawdzenia. Zawzięłam się strasznie i nie popuszczę!
See Ya!

sobota, 5 kwietnia 2014

niedziela, 30 marca 2014

can't help falling in love with you.

"Głupota jest jedną z dwóch rzeczy, które najlepiej widzimy z perspektywy czasu. Drugą są stracone okazje."


Dziś był tak piękny dzień, że aż trudno nie wspominać go z uśmiechem. Mega niewyspana wstałam rano i nawiedziłam kościół. Wymarzłam pod murem, nadrobiłam zaległości w spostrzeżeniach "kto? z kim? jak? czemu? gdzie? po co? serio?!", skonfrontowałam kilka myśli, jakie usłyszałam z własnym podejściem do danej sprawy. Wróciłam do domu szybko, poganiana wizjami popołudnia spędzonego z panem P. Tak też było. Jakieś trzy godzinki spędziliśmy spacerując po sąsiednim miasteczku, nabijając się z ludzi, oceniając 'looki' napotkanych przechodniów i zajadając się lodami o smaku Kinder Joy. Podziwialiśmy nadrzeczny krajobraz. Znaleźliśmy genialną kawiarenkę - maleńką, niezwykle przytulną i ze świetnym wnętrzem!
I nie, nie zadręczam już się. Nie myślę, nie rozpatruję, nie zastanawiam się "co by było gdyby". Jest to chyba najgorsza rzecz jaką można samemu sobie zrobić - wpaść w wir rozmyślań. Tym bardziej, jeśli owe rozmyślania swego czasu spędzały wam sen z powiek i temat był przewałkowany na wszelkie możliwe sposoby. Trzeba po prostu odpuścić. Dać życiu płynąć, a wtedy jakiś maleńki skrzat wszystko spycha na odpowiedni tor. Pogodziłam się z myślą, że los dał mi przepyszne ciastko, którego spróbowałam, ale nie jest to odpowiedni czas żeby je zjeść. Może kiedyś ten dzień nadejdzie. Może tak, może nie, kto to wie. Generalnie jestem nadal otwarta, tylko taka trochę bardziej poukładana, przemyślana i pozytywna. Dołożę jeszcze zmotywowana i gotowa. Tak, wreszcie czuję się psychicznie gotowa na kolejny etap. W zeszłym roku to do mnie nie docierało jak w przeciągu kilku miesięcy zmieni (a przynajmniej powinno) się moje życie. Teraz walczę zaciekle, nie daję za wygraną, jestem uparta i nie poddam się tak łatwo. Miesiąc to bardzo mało, a zarazem bardzo dużo. Twierdzę jednak, że jak ma się ułożyć moje życie tak się ułoży.
I ku uciesze ducha pozostawiam melodię, która od jakiegoś czasu w różnych wersjach gra w mojej głowie.
See Ya.

sobota, 15 marca 2014

talk is cheap.


"Na pozór wszystko gra. Uśmiecham się tak, jak jest to ogólnie przyjęte, nie za szeroko, nie za wąsko. Tak w sam raz. Jestem zawsze pogodny i uprzejmy dla wszystkich. Ludzie szanują mnie za to. Tylko wewnątrz cichy głosik krzyczy „kurwa mać!”. "



      Siedzę i zastanawiam się co napisać, czym chciałabym się podzielić. Tak szczerze, piszę tu chyba o wszystkim, o moich dziwnych i nie raz głupich rozkminach, o 'przygodach', które czasem i mi się zdarzają (tak!wow!), o moich relacjach z przyjaciółmi, rodziną. Czasem mam wrażenie, że ktoś, kto wejdzie na mojego bloga i przeczyta większość wpisów od deski do deski zna mnie bardziej niż ktoś z kim rozmawiam, spotykam się czy spędzam wiele czasu od przeszło pół roku. To takie proste. Może jeśli ktoś w świecie rzeczywistym będzie chciał mnie poznać dam mu adres bloga i każę przeczytać, a jak to zrobi skwituję - no i właśnie poznałeś taką mnie jaką nie zna mnie praktycznie nikt. Założyłam tego bloga cholernie dawno temu. Niedawno sobie skojarzyłam. Właściwie chyba było to spowodowane tym, że wszyscy powtarzają mi, że mam 20 lat. Dwadzieścia, to już nie naście. Ech, pamiętam jakby to było wczoraj jak pisałam tu o moich przemyśleniach na dzień przed osiemnastymi urodzinami. Przezabawne.
Na moim biurku zawitały dwie opasłe kupki białych kartek A4. Oui, arkusze maturalne, niektóre świeżutkie, dopiero co wydrukowane, inne stare, których miałam duplikaty. I leżą, i krzyczą, i ja krzyczę.
Mam wrażenie, że dawno nie napisałam tak chaotycznego wpisu jak dziś.
Przedwczoraj miałam na prawdę miłe popołudnie,brakowało mi właśnie takich chwil.
Oglądałam ostatnio film "Her" - by the way, polecam każdemu. Niesamowity, poruszający, zmuszający do myślenia i późniejszego natłoku rozkmin wszelkiej maści. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu. I nie wiem czy to  dlatego, że na ten moment jest jakby odzwierciedleniem mojego życia, czy dlatego, że dał mi odpowiedzi, na pytania, które zadawałam sobie od długiego czasu. Film lekko przytłaczający, bo opowiada o samotności, ale nie takiej na jaką często narzekamy, a takiej wręcz rozpaczliwej samotności. Generalnie, główny wniosek jaki mi się nasunął po ujrzeniu napisów końcowych - w życiu na różnych etapach potrzebujemy niekiedy dziwnych sytuacji czy relacji, wszystko co nas spotyka w danej chwili jest nam po prostu potrzebne, czegoś nas uczy, przygotowuje do dalszej wędrówki, pozwala stać się ludźmi, którymi jesteśmy, którymi się stajemy.
Miałam pisać o soulmate, ale cóż, wyszło jak zawsze. Może kiedyś i tym się podzielę.
A teraz znikam naprędce i lecę do arkuszy.
Smooth days. Good days. 


sobota, 8 marca 2014

the paper kites.

"Nigdy się nie dowiemy, do jakiego stopnia nasze życie uległoby zmianie, gdyby pewne usłyszane i niezrozumiane zdania zostały zrozumiane."


Jestem! Wreszcie, nareszcie, szczerze się do każdego maleńkiego kłaczka kurzu w pokoju, głaszczę pieczołowicie własną kołderkę, własne łóżeczko, mój najwspanialszy artystyczny nieład, gdzie tylko ja wiem, że kabel od telefonu jest na ziemi, tuż koło kabla do laptopa, w plątaninie innych kabli, a pilniczek leży pod wielką górę książek, obok innych książek. Mój dom, moje cudowne miejsce, mój wspaniały pokój, obklejony różnokolorowymi karteluszkami z nazwami biologicznymi, obsypany książkami, których nie składam "bo zaraz coś będę w nich szukać". Skąd ta nagła melancholia, skąd tęsknota nieopisana? Otóż, przez ostatnich cztery doby byłam zaszczytnym gościem szpitala. Niestety, moje spotkanie ze służbą zdrowia nie było w żadnym calu w celach rekreacyjnych czy bliżej poznawczych zawody w niej występujące. Niet i tak. Bo chcąc nie chcąc, leżąc tam, przez tyle godzin, nie mogąc wstać, wpatrując się tępo w sufit, albo tkwiąc po uszy w śmierdzącej poduszce, słyszy się, myśli i dedukuje. I wydedukowałam - nie chce być lekarzem. Nie, po prostu nie chce, a na pewno nie pracującym w szpitalu. Generalnie, myślałam, że pacjenci, kontakt z nimi, pomoc im, że nie będzie to na mnie jakoś bardzo negatywnie wpływać,wręcz przeciwnie. Pomimo bycia jednym z takich pacjentów zrozumiałam, że patrzenie na tych schorowanych ludzi, słuchanie ich głosu, myślenie o ich życiu, które przeminęło, albo którego mogli jeszcze doświadczyć, to jednak o krok za daleko dla mnie. Tym bardziej, że jestem do krwi idealistką. Dla mnie lekarz urasta do rangi superbohatera. Jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, po prostu, uważam, że jest to zawód-misja, poświęcasz się dla drugiego człowieka, dla pomocy mu w cierpieniu, praca w często morderczym tempie, na wielogodzinnych dyżurach - to wiele. Dla mnie zbyt wiele. Ja chciałabym mieć sielankową rodzinkę, której piekłabym ciasteczka, którą co niedziela zabierałabym do kina, na basen czy chociażby - na spacer. Moje życie misją być nie może, bo ja jednak tego nie chce. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że właśnie tego chce, że tylko tak potrafię, poświęcić się w 100%. Kolejny rok był rokiem chaosu, bo zaczęłam zwracać uwagę na ludzi, na ich wartość dla mnie, na ich wpływ, to mnie rozstroiło, bo niszczyło idealny obraz poświęcenia praktycznie obcym, w imię (?) celu nadrzędnego. I nauczyłam się. Dużo. Życie takie nie musi być, może być szczęśliwe, radosne, pełne uśmiechniętych, zwariowanych ludzi. Ja wiem, że przecież jest wiele osób studiujących medycynę, czy pracujących w zawodzie, którzy i tak mają życie towarzyskie. Tylko nie o to chodzi. Ciężko mi to wytłumaczyć. Będę owszem próbować, ale bardziej stawiam na stomatologię. No cóż, doszłam do pokrętnego wniosku, że z dwojga złego lepiej w tę stronę, wole grzebać ludziom w zębach. No nic, możliwe, że jeszcze pożałuję, ale nauczyłam się też jednego - nigdy nie żałować żadnej decyzji, chociażby była na wskroś denna, nie, w tym momencie była dla mnie decyzją odpowiednią, wtedy byłam szczęśliwa, a co dalej? Trzeba ponieść konsekwencje. Także, Moi Drodzy, wizyta w szpitalu, wielogodzinne przekładanie się z boku na boczek i rozprostowywanie obolałych krzyży, przegląd polskich seriali dziwnej maści, których zwykle specjalnie nie śledzę doprowadził mnie do konkluzji moich wielomiesięcznych przemyśleń. Kto by się spodziewał!
Dwa, dostałam ochrzan od przyjaciółki, bo zadzwoniłam do niej dopiero po trzech dniach, że w szpitalu jestem. Hehe, już zapowiedziała ostre starcia przy najbliższym spotkaniu. Kochana.
Trzy, z panem P też rozmawiałam, stwierdził, że jak mnie nie ma w pracy, jest jakoś tak dziwnie, on ma wiecznie zły humor, bo mnie nie widzi i hmmm, posunęłam się o krok dalej, tęskni? Brakuje mu mnie? Hm. Nie wiem, mam dystans, bo moje myśli - sami widzicie, nieraz niezbyt ciekawe - doprowadzą mnie znowu do paranoi, a tego naprawdę chciałabym uniknąć. No nic, zjem coś, może obejrzę i jak zachcę mi się - pójdę spać. Jutro trzeba wreszcie coś pożytecznego zrobić, bo sobie po prostu w łeb strzelę jak tak dalej pójdzie. Nic, będzie dobrze. Jest lepiej :)

poniedziałek, 24 lutego 2014

pure heroine.

"Nie mamy nieograniczonych szans, by mieć to, czego chcemy. Tyle wiem. Nie ma nic gorszego niż stracić szansę na coś, co mogło zmienić twoje życie..."


Siedzimy. Czilujemy. Metabolizm taki dziwny. Metabolizm taki trudny, może dlatego też tak interesujący.


Wczorajszy dzień przeleciał mi między palcami w mgnieniu oka. Nieubłaganie zbliża się 11 marca - mój urlopik i only bio-chem przez następnych dwa i pół miesiąca. Wiem, że przeleci jak z bicza strzelił. Że nim się obejrzę wrócę do pracy i napiszę tu, że właśnie otwieram pierwszą listę rankingową, stres osiąga apogeum i... się okaże. Doszłam do wniosku, że mam zbyt dużo marzeń. Właściwie, to dobrze, człowiek bez marzeń jest człowiekiem pustym, pozbawionym sensu życia. Bo w sumie, życie polega na stawianiu sobie celów i dążeniu do nich. To ta droga sprawia, że wciąż chcemy wstać rano, zrobić swoje i - wyobrażając sobie finisz - z ogromną satysfakcją położyć się spać. Życiowy paradoks - wszystko co zaczynamy, robimy po to, żeby skończyć. Rodzimy się aby później umrzeć. Stawiamy sobie za cel dostanie się na studia i w końcu się dostajemy. I później kolejny cel i jego meta. Ja w sumie chce już być na finiszu i rozpocząć kolejny odcinek wyścigu. Bo ten jest już męczący, zaczyna być nużący i przywodzi na myśl wieczność.
Wracając do dnia wczorajszego. Niedziela. Cóż, nie spędziłam jej w futrzanych bamboszach, różowej pidżamce w koty, z kubkiem gorącej herbaty w ręce i z Witowskim. Nie. Od rana do południa byłam w pracy, później naprędce wybiegłam, wiedziona przeświadczeniem, że za piętnaście minut mam busa. Nic bardziej mylnego. Bus o tej godzinie, owszem, jeździł, ale nie w niedziele. No i kwitnęłam na przystanku pół godziny, zahaczyłam więc o Biedronkę, w celu zakupienia czegoś coby zaspokoiło mój niepohamowany głód. O godzinie 17:30 byłam w domu. W szaleńczym wręcz pędzie zjadłam obiad i zamknęłam się w łazience, starając się doprowadzić do stanu względnej ogarniętości. Przed 19 telefon. Pan P. Czy jestem już gotowa, bo on by się powoli zbierał. Byłam akurat w trakcie malowania paznokci. Tak, zdążyłam przez lekko ponad godzinę nawet umalować paznokcie. Kiedy zobaczyłam na ekranie jego imię miałam od razu kilka scenariuszy w głowie - że jednak się nagle rozmyślił, że może bym pojechała autobusem, że jest już pod moim domem. No cóż, dopiero wyjeżdżał, a ja, w swym geniuszu, stwierdziłam, że nie musi podjeżdżać pod mój dom, nie, przejdę się na przystanek! I przeszłam się. W sukieneczce, rajstopkach, przy zarąbistym wietrze, który w moich terenach nie ustaje. No i ruszyliśmy na imprezę firmową. Szczerze, pominę jej przebieg, w skrócie- tańce, hulańce, swawole. Skupię się jedynie na powrocie. Wracałam autobusem z B. Zawsze kiedy razem wracamy rozmawiamy na przeróżne tematy, ale w sumie, zwykle są to sprawy sercowe. Nie mogę nazwać go przyjacielem, bo to co nieco zbyt mocne słowo, ale dobrym kumplem już bardziej. Kilka mądrych słów jakie od niego usłyszałam w tym czasie - musisz się zdystansować, bo jeśli za bardzo się zaangażujesz, to będzie po prostu koniec. Plus wyśmiał niektóre filozofie pana P i stwierdził, że jest żywym przykładem im zaprzeczającym. Nie wiem. Tak szczerze, dochodzę do wniosku, że prawie nikomu nie można ufać, że nie znam ani jego ani pana P. Poza tym, miałam ciekawą noc, oczywiście mój wesoły mózg postanowił nawet podczas snu rozpatrywać za i przeciw. Mniejsza. Od dziś moim drugim imieniem jest dystans, a trzecim - korzystanie.
Zobaczymy jak życie się potoczy. W tym momencie wracam do Krebsa, Calvina i fotosyntez. No i pasuje mi skończyć dzisiaj elektrochemię wreszcie, bo się z nią tak - za przeproszeniem - pieprze.
Zapewne niedługo znów pojawią się kolejne przemyślenia, którymi koniecznie będę chciała się podzielić. See Ya!


sobota, 8 lutego 2014

sun&moon.

"Mam uczucie, że zawsze gram epizody dramatyczne w jakiejś wielkiej farsie."

Zakochałam się.
Tak szczerze, pierwotnym postanowieniem było napisać te dwa słowa i pozostawić wszystko w takim błogostanie w jakim jest. Prześmieszne, toć żadnego błogostanu nie widzę, co najwyżej szaleństwo emocji, naprzemienną tachykardię i bradykardię, nagłe wzrosty ciśnienia śródocznego - na marginesie, to mnie kiedyś wykończy - połączone z równie nagłymi bólami głowy i oczu, stany rozchwiania emocjonalnego, sprawdzanie maila/telefonu/gołębiej poczty co pięć sekund, ból, tęsknota, strach.
Dziś po krótkich odwiedzinach w pracy pana P usłyszałam od kolegi- drugiego kierownika- z wielkim bananem na twarzy 'zakochałaś się'. Spojrzałam na niego i pytam skąd ten pomysł. A on, że widział, że nie da się nie zauważyć i ma nadzieję, że nikt inny tego nie dostrzegł.
Może jest w tym ciut prawdy, ale cóż z tego, kiedy uczucia są nieodwzajemnione? Kiedy tak nagle wpadł jak z procy, ja w głowie ułożyłam już sobie historyjkę sytuacji, w jakiej właśnie jest - jego ukochana kupiła mu prezent na walentynki, znowu coś drogiego, z czego przecież nie mógłby być niezadowolony,zrobiło mu się głupio, bo nie miał nic, więc, nie mogąc być gorszy, wpadł, złapał jakieś perfumy, które znał i kupił - bo mniej więcej tak to wyglądało- a później zapewne wręczył je jej, jakby nigdy nic, wmawiając, że miał je kupione wcześniej i leżały i czekały, choć w rzeczywistości zakup należał do nowych. Stąd jego pośpiech, kazał jej zostać w samochodzie, tłumacząc, że musi na chwilę podejść do pracy, przy okazji poflirtował ze mną i pokazał światu po raz wtóry co do niego czuję. I słyszę - zakochałaś się. Cóż z tego, pytam??? Cóż? Kiedy z niego taki idiota, że czasem mam ochotę gołymi rękoma zamordować. Wiadomo, później przychodzą słodziutkie myśli w stylu "jak to byłoby mi strasznie żal". Choć może nie. Biorąc pod uwagę co przechodzę, mnożąc to przez milion - bo ja zawsze wszystko przeżywam jak małpa okres - sama nie wiem czy ten wynik nie przechyliłby jednak szali na minus. Ale mój umysł wcale nie chce mnie słuchać, myśli wciąż oscylują wokół niego, sny- również nie dają mi chwili wytchnienia.
Znów wpadam w moje depresyjne tornada. Nic, niech elektrochemia będzie mi wybawieniem.


niedziela, 2 lutego 2014

let her go.

"Defektem wszystkich ludzi jest to, że czekają, by zacząć żyć, stąd też nie mają odwagi, by żyć każdą chwilą. (...) Wszyscy uczymy się żyć dopiero wtedy, gdy nie mamy już na co czekać; kiedy zaś czekamy, niczego nie możemy się nauczyć, bo nie żyjemy w konkretnej, żywej teraźniejszości, ale w jakiejś mdłej, odległej przyszłości."


W przerwie, znad neuronów aferentnych i eferentnych, pomiędzy komórkami glejowymi, wśród przewężeń Ranviera, wzdłuż mostów, robaków i innych przecudnej urody terminów, pozdrawiam i ślem wielkie HAWK
Jestem, żyję, funkcjonuję, zacieszam. Tak, zacieszam, bo jestem sobą. Znowu, znowu mi się to udało i łzy do oczu napływają jak wiele radości te astrocyty i lemocyty dają,jak wiele radości daje zrozumienie samego siebie. Ostatnio wracając z panem P, powiedział coś, co bardzo mi utkwiło w głowie - choćbym nie wiem jak bardzo starał się cie zatrzymać, choćbyś to zrobiła, to ciągle byłoby w tobie, ta niesamowita chęć realizacji i w końcu gdzieś musiałaby ujść. Tak też ze mną jest, mam niesamowitą potrzebę samorealizacji, a osiąganie kolejnych sukcesów, poruszanie się naprzód, pokonywanie kolejnego szczebla drabiny kariery daje nieopisaną satysfakcję. Ja nie chcę mieć nudnego życia. Nie chcę, żeby skończyło się tak jak zwykle - ślub, bo jesteś z tą osobą trochę czasu, jakoś jest, no i dobra, pasuję się hajtnąć, masz beznadziejną pracę, która dobija cię każdego dnia, wyzysk totalny za marne parę groszy, których nigdy na nic nie starcza, nie starcza, więc ze swoim współmałżonkiem wciąż drzecie koty, bo nie macie na to, na tamto czy na siamto, w końcu przychodzi jedno dziecko, może drugie,jakoś wam starcza od 10 do 10, ale wciąż jesteście rozgoryczeni i to z was aż bucha, bije w drugiego człowieka i odbiera chęć do czegokolwiek. Nie chcę tak, może jestem marzycielką, nazwijcie mnie jak chcecie. Lubię dramatyzować, przedstawiam swoje życie jako jeden wielki melodramat, jestem przykładem heroizmu uosobionego, poświęcam swoje życie, bo pragnę pomagać innym, poświęcam je dla nich. Dla małych istotek, które może kiedyś będą mogły powiedzieć mi, że to dzięki mnie mogły posmakować czegoś wspaniałego - życia. Z jednej strony uważam to za poświęcenie życia, a z drugiej za sposób na nie. Za dobre wykorzystanie. Czy będzie dobre, się okaże. Może zostanę szczęśliwą dentystką, będę miała gromadkę dzieci, co niedziele będę piekła pyszne ciacha, ku uciesze owej gromadki i małżonka, będziemy podróżować, fotografować, tworzyć opasłe tomy wspomnień, żeby nie było zbyt sielankowo, muszą być jakieś dramaty (nie piszę jakie coby nie wywołać wilka z lasu). Generalnie, jakieś spełnienie będzie i w sumie, taki obraz jest dla mnie całkiem miły, zachęcający, motywujący. Życie pokaże tak naprawdę gdzie trafię za tych pół roku.
Chciałam pisać o swoich irytacjach, o genialnych radach, jakimi ludzie sypią na każdym kroku, ale w sumie, mam zbyt dobry humor na to i wracam do moich pomp sodowo-potasowych aww..
Podsumowując : jak na razie jest na tak, oby jak najdłużej.


czwartek, 9 stycznia 2014

future days.

'Ludzkie życie składa się z wyborów… Tak lub nie, w przód w tył, w górę w dół. Są wybory, które mają znaczenie. Kochać czy nienawidzić? Być bohaterem czy tchórzem? Walczyć czy poddać się? Żyć… czy umierać?'



W tle dźwięki gitary akustycznej rytmicznie wygrywają rytmy, melodyjny głos Norah Jones (pytanie czy imię Norah się odmienia??), tak wiele myślałam, tak wiele miałam zamiar napisać, prowadziłam monologi, w których radziłam, przestrzegałam, upominałam. Co z tego pozostało? Jedno wielkie nic. Pustka. Zastanawiam się dlaczego ludzie tak doskonale potrafią utrudniać sobie życie. A ja to chyba wyjątkowo, komplikacja to moje drugie imię! Chce z nim porozmawiać, wyjaśnić co się stało, co się dzieje. Kompletnie nie pamiętam co mu powiedziałam, jedyna rzecz która mi się w głowie zapisała to, że jesteśmy na innych etapach życia. Przedwczoraj przyszłam do pracy i usłyszałam, że On się rozchorował i nie będzie go przez najbliższe dwa dni w pracy. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ja również się leczę, bo jakieś podłe choróbsko mnie dopadło. I tak roześmiałam się pod nosem, bo przypomniałam sobie jak kombinowaliśmy, żeby razem pójść na l4 w styczniu i spędzić trochę więcej czasu razem. Wiadomka, brzmi jak marzenie ściętej głowy i tak też wyszło. Nie zmienia to faktu, że od tych dwóch dni tak potwornie mnie korciło, żeby napisać do niego, ale powstrzymywałam się, przekonywałam, że on odpuścił i ja powinnam. Wczoraj oglądając kolejny odcinek Grey'sów - dlaczego one tak dziwnie na mnie działają?! - napisałam. Dla uspokojenia samej siebie, z pełną świadomością, że on może nie odpisać, że z jego strony to może być tylko symulacja, a właśnie teraz spędza upojne chwile z hmm jego dziewczyną. Jakież życie jest potworne. Najpierw stawia nas w danej sytuacji jako potencjalne ofiary, rani, pokazuję tę stronę medalu, by następnie namieszać i odwrócić wszystko o 180st., i postawić nas na miejscu sprawcy. Tak wiele zaczynamy rozumieć, tak bardzo zmienia się nasze postrzeganie niektórych spraw. Rok 2013 był dla mnie rokiem chaosu. Tak, to dobre podsumowanie - chaos. W myślach, w życiu, w marzeniach. Wszędzie. Ale zaczynam powoli się układać. Potrzebuję rozwiązania dziwnej sytuacji z nim, nie wiem dlaczego, przecież równie dobrze mogłabym zostawić to na takim etapie na jakim jest. Tym bardziej, że wczoraj odpowiedział dosyć smutnym tekstem, że kiedy wracaliśmy z jednej imprezy nie brzmiałam jakby był on jakąkolwiek dodatnią wartością w moim życiu. Dopiero teraz do mnie dotarło. On chciał o tym porozmawiać kilkakrotnie, a ja postawiłam sprawy jasno, bez tłumaczenia. A teraz ten dziwny rodzaj smutku mnie dopadł. Po co w ogóle angażowałam się w coś takiego? Teraz chcę to chociaż wyjaśnić. Brakuje mi rozmów z nim, czasu z nim spędzanego, jego uśmiechu, śmiechu, zapachu, naszych wspólnych nocnych spacerów po mieście, origami w barze sushi, brakuje mi jego fałszu, kiedy w radiu leciał jeden z jego hitów, przytulenia, spontanicznych wypadów na ciastko i kawę, kupowania dziwnych rzeczy nie wiadomo po co, próbowania różnych rodzajów deserów i porównywania któremu z nas udało się wybrać lepszy, brakuję rozmów o muzyce i wspólnego delektowania się wspaniałymi melodiami, wymiany opinii o dobrej kinematografii, brakuję kogoś, kto tak wytrwale słuchał moich medycznych ciekawostek, naszych niekiedy durnych rozważań. Brakuje. I cóż z tego?
Biologia leci do przodu. W przyszłym tygodniu już anatomia i fizjologia człowieka. Niesamowite uczucie spokoju mnie przepełnia. Dam radę.
Kinetyka chemiczna z chemii w trakcie, entalpie i entropie zrobione. Przede mną procesy równowagowe. Jest dobrze, jest dobrze, dobrze jeeest.
Smile:)


 

piątek, 3 stycznia 2014

low roar.


'Chciałabym aby ten rok był "ach" a nie "ech".'

Jak to jest, iść wciąż tą samą drogą, a jednak co chwilę z niej zbaczać? Mieć obrany cel, dążyć do jego
osiągnięcia, a na każdym kroku oddalać się od niego? Czy jest w tym w ogóle jakiś sens? Muszę wytrwać jeszcze dwa miesiące. O ile psychicznie wydolę, uważam, że będę gotowa na wszystko, na maturę, studia, na usamodzielnienie się prawie w 100%. Dam radę. Dwa miesiące. 18 dni pracujących w tym miesiącu. I luty. Później dwa i pół miesiąca porządnego zapieprzania (i mówię serio, jestem strasznie zmotywowana, aż mnie własna mobilizacja przeraża). Muszę się tylko poskładać. Poukładać. Powoli, delikatnie. Stwierdzam, że uwielbiam wprost pakować się w dziwne sytuacje, które wyrządzają więcej szkód dla mnie niż to wszystko byłoby warte. I to chwilowe szczęście, które jakimś dziwnym cudem potrafi do sobie przekonać. Przemawiało do mnie, choć wiedziałam, że nie będzie to transakcja długotrwała, że moje korzyści bardzo szybko się skończą i, że pewnego dnia (takiego jak dzisiaj np) uświadomię sobie jaką byłam idiotką, i jak bardzo teraz boli ta głupota. Rozsądku, jeśli jeszcze gdzieś tam jesteś wołam cię, odezwij się, daj jakiś znak. Powiedz, że jeszcze jesteś, choć cień twojej postaci. Miotam się? Lecę, choć spadam, nie mogę się wzbić, bo za każdym razem kiedy próbuję coś podcina moje skrzydła. I wpadłam w pułapkę marazmu. Dlaczego ta sytuacja musiała być tak cholernie skomplikowana? Dlaczego kiedy udało mi się (zupełnie przypadkiem) spotkać kogoś takiego, życie, kapryśna dzierlatka, powiedziało - nie, nie nacieszysz się długo, nie będziesz szczęśliwa. Ulotne cudowne chwile, które teraz wspominam z cieniem uśmiechu. Nie żałuję ich. Nie żałuję ani minuty. I wpatrując się w delikatny srebrny łańcuszek, w jakże banalny wzór, uśmiecham się, mimo wszystko. Uśmiecham. Bo było wiele szczęśliwych chwil. Ale czuję się zmęczona. Potwornie wycieńczona psychicznie. I błagam Boga w każdej sekundzie, żeby było tak jak dawniej - spokojnie, stabilnie, dobrze. Błagam. Może podświadomie zaczynam panikować, bo zbliża się maj, bo wcześniej czeka mnie marzec, wypowiedzenie, koniec pewnego krótkiego rozdziału życia i miejmy nadzieje - początek nowego, dłuższego i dającego korzyści w przyszłości rozdziału. W moim życiu musi zapanować spokój. Za dużo tu niedopowiedzeń, za dużo chaosu. Potrzebuję tylko trochę więcej siły. Ociupinkę.


czwartek, 19 grudnia 2013

amsterdam.

'Nie trać cza­su na kry­tyko­wanie in­nych, ga­nienie ich dzieł; pra­cuj nad swoim, poświęcaj mu wszys­tkie godzi­ny. Reszta to czcza ga­dani­na al­bo wy­mysł. Trzy­maj się te­go, co w to­bie praw­dzi­we al­bo na­wet „wieczne".'



Zupełnie jakbym była zawieszona w jakiejś nieznanej odległej rzeczywistości. Zaginam czasoprzestrzeń, czy to noc czy to dzień, nie ważne. Z ranka do pracy, jakieś 8h dnia ucieka, później często zdarza się spotkać z kimś - 6h ucieka, plus minus jakieś 2-3h na dojazdy/objazdy/przejazdy, godzinka wegetacji przy stole w kuchni i relacja wydarzeń, dalej kolejna godzinka spędzona na relaksie, i doprowadzeniu się do względnego porządku; sen. Tak wygląda wiele dni. Po nocce spędzonej w pracy po południu jechałam na korki z biologii, przed korkami zdążyłam się jeszcze pouczyć, a po korkach, spotkać z "przyjacielem". Wracam do domu przed dwunastą. Ledwie żywa, skądże, wręcz pełna energii. Następnego ranka mam chemię. Nie daję rady wstać. Wychodzę na idiotkę, bo nie mam siły i zasypiam na sekundkę pozwalając opaść kurtynie powiek. Przepraszam korepetytorkę i jest mi tak niesamowicie głupio,ale jednocześnie nie mam siły wstać. Zachowuję się nieodpowiedzialnie, beznadziejnie, spontanicznie, łapię każdą chwilę jakbym miała już więcej takich nie przeżyć. Pracuję prawie codziennie, czasami po 10h. Spotykamy się ze znajomymi, wychodzimy na piwo, filmy nie filmy, tysiące minut poświęconych na to. Nie powtarzam zeszłorocznego schematu, broń Boże. Przestaję narzekać, że nie mam czasu na naukę - bo mam. Zmieniam trochę podejście, porządkuję się. Zakochuję. Zniszczcie mnie, bo jestem spersonalizowaną autodestrukcją.
Dziś byłam na biologii, po raz kolejny w "opanowanym" materiale miałam spore luki. Karcę się za to, złoszczę niesamowicie, a tu słyszę na odchodnym, że było dobrze, że biorąc pod uwagę, że jest to dosyć trudny dział, było na serio dobrze. Szczęka mi opada i czuję rozpalającą się wewnątrz iskierkę, ciepło, nadzieję. Muszę działać jak dobrze naoliwiona maszyna. Dam radę. Wierzę w to, wiem to.
Podsumowanie tego roku zapewne powstanie w granicach końca czerwca, kiedy dowiem się jakie tym razem osiągnęłam wyniki z matur, czy moje wymarzone studia są rzeczywiście tymi wymarzonymi, czy też odnajdę się gdzieś indziej. Nie wiem tego. Nikt tego nie wie. Jeśli znacie kogoś, kto taką wiedzę posiada przedstawcie mi go, chętnie wysłucham co ma do powiedzenia. Bo ja w tym wszystkim jestem tylko pionkiem, nie wiem tylko jeszcze jaką figurą. Z drugiej strony już pewne wnioski mogę wysnuć - po pierwsze, jeśli zależy wam na medycynie/stomatologii/farmacji ciśnijcie, ciśnijcie na całego w ostatnim roku, choćby coś wam podpowiadało, żeby trochę przystopować - nie dajcie się i nie zwalniajcie tempa. Bo nikomu, nawet najbardziej znienawidzonemu przeze mnie człowiekowi, nie życzę gap yearu. Nie jest to coś potwornego, nic co by tworzyło jakiś apokaliptyczny obraz. Ja poznałam wielu wartościowych ludzi, przeżyłam wiele sytuacji, które sprawiły, że zdobyłam cenne doświadczenie i jestem o nie bogatsza. Cenię to. Mam nadzieję jeszcze więcej pozyskać w przeciągu tych kilku miesięcy, a po ich upływie - kto wie.


piątek, 22 listopada 2013

holocene.


'To paskudna sprawa być dorosłym. A karuzela nigdy nie przestaje się kręcić. Nie możesz wysiąść...'

Lubię filmy. Jestem pasjonatką, fascynatką, dziwną osóbką, która nie rozróżnia świata rzeczywistego od kinematograficznych bredni. Każda sytuacja po części mnie bawi, bo udowadnia, że najlepsze scenariusze pisze życie, że filmy, których fabuła przypominała zdarzenia z mojego życia, bądź życia moich przyjaciół, powstały bo wcześniej ktoś już to przeżył. Właśnie, czas przeszły - przeżył. Czasem opowiadam coś komuś z wielkim entuzjazmem i wspominam "to był w tym i tym filmie, z tym i tym aktorem, tam w ten i w ten sposób się to rozwiązało". Oczywiście, wątpię, że moje problemy rozwiążą się w ten sam sposób co problemy bohaterów -jakby nie patrzył, wciąż- wyimaginowanych historii. Scenografia oddziałuje na mnie niesamowicie. Piękno świata zewnętrznego sprawia, że w środku wciąż tli się maleńka iskierka optymizmu. Skąd on u mnie się bierze? Nie mam pojęcia. Idąc ulicą spoglądam przed siebie i napawam się. Chłonę całym ciałem, każdym porem, każdą cząstką siebie wilgoć powietrza, nostalgicznie opadającą w dolinę mgłę, szare niebo i jedynie maleńkie prześwity słońca, chłonę złote liście, leniwie szumiące, poruszane chłodnym wiatrem. Chłonę życie takim jakie jest, cieszę się z każdego drobnego szczęścia, które mnie spotyka, wszelkie smutki od razu porzucam i idę przed siebie, bo mam cel, bo chcę go zrealizować. Co dalej? Usta spierzchnięte zaciskają się jeszcze mocniej niż zwykle. Jestem silna. Mam w sobie siłę. Pozytyw.


niedziela, 10 listopada 2013

water me.

'Chwytamy się każdej nadziei. Sięgamy w nicość i czasem wbrew wszystkiemu, wbrew logice udaje nam się ją schwycić.'


Ponoć świat jest taki jakim myślimy, że jest (pierwsza zasada Huny). Jaki więc? Na pewno nie sprawiedliwy. Od dziecka powtarzano mi, że życie nie jest sprawiedliwe, nigdy nie było i nie będzie, że wielokrotnie doświadczy mnie, i będę się głowić jaki w tym był sens.
Okrutny? Może czasem. Ale tylko w te zimne melancholijne dni, kiedy siedzimy okryci po uszy kocami/kołdrami/swetrami, kiedy ogrzewamy się każdą kroplą wrzącej herbaty, kiedy słowo "dom" nabiera nowego znaczenia. Wtedy przychodzą myśli. Te, których przez dłuższy czas staraliśmy się unikać. W końcu dopadają nas ze zdwojoną siłą, bawiąc się naszymi delikatnymi, podatnymi na sugestię umysłami, uciekają się do najcięższych sposobów by zaskarbić nasz cenny czas.
Świat jest dziwny. Świat jest dla mnie czasem niepojęty. Nie wiem czy to przemęczenie, czy może brak towarzystwa bliskich mi ludzi sprawił, że czuję się beznadziejnie. Otworzyłam książki. Uczę się. Słyszę dobiegające krzyki, śmiechy, telewizor tak głośny, jak chyba nigdy odkąd tylko go mamy. Nie da się. Zamykam książkę. Zamykam oczy. Zamykam uszy. Otwieram umysł. Widzę smutnego człowieczka niepewnie kroczącego przez most w środku nocy. W tafli wody odbijają się promienie księżyca. Kształtem przypominający croissant'a, majaczy gdzieś niepewnie w oddali, skryty za kłębami czarnych chmur. Ciemność,nieme twarze mijane po drodze. Smutny człowieczek jest jeszcze smutniejszy niż zwykle gdy spostrzega usiane gwiazdami niebo. Choć jego twarz na parę sekund rozjaśnia uśmiech. The Lumineers wystukuje pewne, pozytywne rytmy. Słychać dochodzące z oddali kroki. Nogi przyspieszają nieco, popędzane przez przerażone serce, mózg wydaje kolejne polecenia. Przerażenie sięga zenitu. Kimże są ów ciemne postacie, które wyłoniły się z ciemnej uliczki i trzymają się niebezpiecznie blisko? Następuje moment wyminięcia. Oddech. Oddech. Oddech. Smutny człowieczek dociera do domu. Znów podąża dawno utartym szlakiem, brodząc po kostki w kałużach, z parasolem, niesionym w zmęczonej dłoni. Powoli unosi twarz. Blask pobliskiej latarni pada na jego twarz. Gwiazdy cudownie migoczą na niebie. Uśmiech. Smutny człowieczek już nigdy nie będzie smutny - postanawia.
Smutny człowieczek nie rozumie ludzi i już nie chce ich rozumieć. Ma własny smutny świat, własne smutne zabawki i jeszcze smutniejsze zmartwienia. Smutny człowieczek nie chce być smutny, nie może.
Nie chce myśleć o wszystkim. Biorę druty w dłonie i dziergam więc komin,z głośników wydobywają się napawające pozytywną energią dźwięki muzyki, zamykam na chwilę umysł. Za dużo na siebie biorę. Ja to wiem. Nie mam czasu na sen. Nie mam czasu na odpoczynek. Nie mam czasu na brak czasu. A tak na serio - odpoczywam dosyć często, bo po powrocie z pracy padam na mordkę, śpię mało, to fakt, ostatnie też jest prawdą. Myślę pozytywnie. Chce tak myśleć. I myślę. Proszę tylko o siłę. O ciut więcej sił.