Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O dziwnościach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O dziwnościach. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lipca 2014

spiders web.


'Trze­ba zaw­sze pa­miętać o pas­ji: bez pas­ji nie ma sztu­ki; sztu­ki nie ma bez ry­zyka. [...] W sztu­ce nie ma spo­koju. Ja­ko ar­tysta pan spo­koju nie zaz­na nig­dy, a wyrzec się świętej sztu­ki dla pow­szechne­go spo­koju jest zbrodnią. '

Bardzo długo nosiłam się z zamiarem napisania choćby kilku słów, pokazania jaka to jestem silna, jak bardzo mam na wszystko "wyrąbane", jak spłynęły po mnie ostatnie wydarzenia jak po kaczce. Cóż, ostatni wpis był co nieco depresyjny. Sama czytając go wielokrotnie i za każdym razem odnajdując w każdej literze kolejne pokłady żalu, miałam wrażenie, że słowem nasuwającym się od razu jest "dno". Samo samiutkie ciemne dno. Moje życie w tym momencie, moja sytuacja, jeden wielki syf. Kiła i mogiła. Ale ciężko mi zaprzeczyć gdy ktoś twierdzi, że jestem silna. Bo jestem. Bo dałam radę na tyle na ile dałam z okropną masakrą, jaka mnie dopadła. Popełniłam wiele błędów, wielu sytuacji w tym momencie wolałabym uniknąć, dla własnego zdrowia, którego troszku też się napsuło przez ten rok. Nasuwa się pewnie stwierdzenie, skoro piszę ten wpis, prawdopodobnie dostałam się gdzieś na farmację. Otóż, nic bardziej mylnego. Piszę raczej ten układ kilkudziesięciu zdań, tworzących niejako logiczną całość, bo mam przed sobą podróż do Stolicy, w celu zawiezienia dokumentów, na kierunek, którego nie chcę studiować, który stał się planem bardzo awaryjnym, a który na chwilę obecną jest wszystkim co mam. Tak bardzo smutne i tak bardzo prawdziwe. Wiecie, rozpoczynając powtarzanie do poprawki matury nie mogłam się w tym odnaleźć, w końcu, trafiłam na korepetycje z biologii do niesamowitej nauczycielki, która uświadomiła mi dlaczego kocham tę dziedzinę. Pokazała różne aspekty, nie tylko te sztywne ramy, które są nam przekazywane przez "typowych nauczycieli biologii" (nie generalizuję tu, bo wiem, że znajdują się jeszcze osoby potrafiące nauczyć i zachęcić ucznia, tak więc, nie określam wszystkich co do joty, jakby coś ktoś). Cisnęła, pokazała mi, że potrafię i początkowo było mi tak cudownie, błogo, uczyłam się z pasją, robiłam zadania, poświęcałam się temu bez reszty. Znalazłam złoty środek. Znalazłam siebie. Później poznałam pana P. Początkowo nie dawałam za wygraną, na pierwszym miejscu mojego życia była nauka, przygotowanie i przez myśl mi miłości nie przeszły. No dobrze, może przeszły w pewnym momencie. I to był moment kluczowy, kiedy lekko przystopowałam, więcej czasu spędzałam w lokalach, zajadając się przysmakami różnej maści, smakując trunki z całego świata i napawając się Jego towarzystwem. Jeżdżąc po nocy, czasem bez celu, słuchając Michaela Jacksona, podziwiając migoczące w oddali światła i dyskutując zawzięcie na kolejny niezwykle istotny, bądź też bardzo błahy temat. Smakując sushi i czując, że jest to coś tylko naszego, co nas spaja. Spacerując po pobliskich łąkach, chowając się za drzewami i bawiąc jak dzieci w podstawówce. Gdy spędzasz z kimś tak wiele czasu, osoba ta staje Ci się bardzo bliska, czujesz, że zaczynasz mieć względem niej coraz poważniejsze plany, że chciałbyś te plany urzeczywistnić. Nigdy w życiu nie byłam tak szczęśliwa jak przez tych kilka miesięcy. Później odwiedziła mnie stara dobra przyjaciółka - samotność. I już została. Tak się zadomowiła, że tylko czasem na chwilę wychodzi, pod pretekstem spaceru czy zakupu nowej sukienki. Smutek, żal, gorycz. Motywy przewodnie mojego urlopu bezpłatnego, który trwał bagatela dwa miesiące. Otrzeźwienie i jeszcze większe zmotywowanie na cel, i ta potworna bezsilność, kiedy nie raz nie potrafiłam uczyć się całymi dniami na pełnych obrotach, bo pod wieczór głowa mi pękała. Chęć spełnienia marzenia, cel, który nie majaczył już w oddali, lecz był na wyciągnięcie ręki i krzyczał "nie bój się i sięgnij po mnie wreszcie!" Powrót do rzeczywistości. Monotonia, rutyna, dzień jak co dzień - motywy przewodnie ostatnich dwóch miesięcy. Pan P, czasami przypominający sobie o mnie, ale na zasadzie :bardzo mi na tobie zależy, dlatego chciałbym pielęgnować tą przyjaźń. I poczucie bycia "planem awaryjnym". I potworny żal. A mimo to tląca się gdzieś pod tą grubą skórą nadzieja. Mała iskierka, która dogasnąć nie chce. Nadzieja na nowe jutro.
Jestem w tym momencie już bardziej przed niż za, zrobiłam mały nieśmiały kroczek do przodu, a nie jeden w przód, a dwa do tyłu jak dotychczas. Jeszcze nie przeskoczyłam wielkiej przepaści, ale kto wie.
Czekam na farmację. Ze stoickim spokojem śledzę kolejne listy. Głowa pełna myśli, aż w niej huczy i mam wrażenie, że zaraz uszami wyjdą, i zaczną się rozlewać na boki. Hmm. Ale przepełnia mnie pewność. Życie pokaże.
Obiecałam podsumowanie roku jakoś w czerwcu. Jest środek lipca, a mój rok właśnie został bardzo sprawnie podsumowany w tych kilku słowach, zmierzamy ku mecie i fajerwerkom na końcu.
Pozdrawiam wszystkich i szczerze, z całego serca gratuluje tym, którzy dostali się na wymarzone kierunki. Odwaliliście kawał dobrej roboty, możecie być z siebie dumni!


niedziela, 20 kwietnia 2014

iron sky.


'[..]Poddaję się nurtowi wszechświata. Daję się mu wieść. Pozwalam moim zmysłom szaleć, nie staram się niczego uspokoić, daję się nieść falom. Pozwalam życiu żyć.'

Święta święta i po świętach, jak to z resztą zwykle bywa. Moje mijają pod znakiem dużej ilości nikomu nie potrzebnego jedzenia, przygotowań i atmosfery lekko bym rzekła napiętej. Początkiem marca Rodzice obchodzili dwudziestopięciolecie swojego pożycia małżeńskiego, tak więc uparli się zorganizować w święta obiad dla rodzinki. Wujkowie jak zwykle chamscy i nieprzyjemni, rozmowy niezmiennie o niczym, widać, że z przymusu. Parę zabawnych sytuacji. I smutne stwierdzenie jak bardzo czas upłynął, chwilowe pochylenie się nad sprawą, i równie smutne wnioski.
Poza tym po raz kolejny przekonałam się jak bardzo jestem różna od najbliższej rodziny.
Rozwiązywałam sobie arkusz i pewnym momencie doznałam olśnienia, i postanowiłam sklecić kilka zdań. Utknęłam i nie wiem co pisać.
O tym jak jestem samotna i próbuje odnaleźć siebie w tej samotności? Zbyt wiele osób na świecie to czuje. A ja im więcej czasu spędzam tylko ze sobą tym bardziej uczę się słuchać własnych myśli.
O strachu? O uporze maniaka? O niesamowitej chęci? O powoli dającym się we znaki zmęczeniu? Czy może po raz kolejny o uczuciach, które zbyt wcześnie wysiadły z tego abstrakcyjnego pociągu obłudy? Tak szczerze, nie mam na to siły. Nie wiem czy wziąć vademecum i czytać, czy może obejrzeć film, czy poczytać książkę, którą próbuję skończyć od pół roku. Wiem jedno - że CHCĘ.



sobota, 5 kwietnia 2014

sobota, 8 marca 2014

the paper kites.

"Nigdy się nie dowiemy, do jakiego stopnia nasze życie uległoby zmianie, gdyby pewne usłyszane i niezrozumiane zdania zostały zrozumiane."


Jestem! Wreszcie, nareszcie, szczerze się do każdego maleńkiego kłaczka kurzu w pokoju, głaszczę pieczołowicie własną kołderkę, własne łóżeczko, mój najwspanialszy artystyczny nieład, gdzie tylko ja wiem, że kabel od telefonu jest na ziemi, tuż koło kabla do laptopa, w plątaninie innych kabli, a pilniczek leży pod wielką górę książek, obok innych książek. Mój dom, moje cudowne miejsce, mój wspaniały pokój, obklejony różnokolorowymi karteluszkami z nazwami biologicznymi, obsypany książkami, których nie składam "bo zaraz coś będę w nich szukać". Skąd ta nagła melancholia, skąd tęsknota nieopisana? Otóż, przez ostatnich cztery doby byłam zaszczytnym gościem szpitala. Niestety, moje spotkanie ze służbą zdrowia nie było w żadnym calu w celach rekreacyjnych czy bliżej poznawczych zawody w niej występujące. Niet i tak. Bo chcąc nie chcąc, leżąc tam, przez tyle godzin, nie mogąc wstać, wpatrując się tępo w sufit, albo tkwiąc po uszy w śmierdzącej poduszce, słyszy się, myśli i dedukuje. I wydedukowałam - nie chce być lekarzem. Nie, po prostu nie chce, a na pewno nie pracującym w szpitalu. Generalnie, myślałam, że pacjenci, kontakt z nimi, pomoc im, że nie będzie to na mnie jakoś bardzo negatywnie wpływać,wręcz przeciwnie. Pomimo bycia jednym z takich pacjentów zrozumiałam, że patrzenie na tych schorowanych ludzi, słuchanie ich głosu, myślenie o ich życiu, które przeminęło, albo którego mogli jeszcze doświadczyć, to jednak o krok za daleko dla mnie. Tym bardziej, że jestem do krwi idealistką. Dla mnie lekarz urasta do rangi superbohatera. Jakkolwiek śmiesznie by to brzmiało, po prostu, uważam, że jest to zawód-misja, poświęcasz się dla drugiego człowieka, dla pomocy mu w cierpieniu, praca w często morderczym tempie, na wielogodzinnych dyżurach - to wiele. Dla mnie zbyt wiele. Ja chciałabym mieć sielankową rodzinkę, której piekłabym ciasteczka, którą co niedziela zabierałabym do kina, na basen czy chociażby - na spacer. Moje życie misją być nie może, bo ja jednak tego nie chce. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że właśnie tego chce, że tylko tak potrafię, poświęcić się w 100%. Kolejny rok był rokiem chaosu, bo zaczęłam zwracać uwagę na ludzi, na ich wartość dla mnie, na ich wpływ, to mnie rozstroiło, bo niszczyło idealny obraz poświęcenia praktycznie obcym, w imię (?) celu nadrzędnego. I nauczyłam się. Dużo. Życie takie nie musi być, może być szczęśliwe, radosne, pełne uśmiechniętych, zwariowanych ludzi. Ja wiem, że przecież jest wiele osób studiujących medycynę, czy pracujących w zawodzie, którzy i tak mają życie towarzyskie. Tylko nie o to chodzi. Ciężko mi to wytłumaczyć. Będę owszem próbować, ale bardziej stawiam na stomatologię. No cóż, doszłam do pokrętnego wniosku, że z dwojga złego lepiej w tę stronę, wole grzebać ludziom w zębach. No nic, możliwe, że jeszcze pożałuję, ale nauczyłam się też jednego - nigdy nie żałować żadnej decyzji, chociażby była na wskroś denna, nie, w tym momencie była dla mnie decyzją odpowiednią, wtedy byłam szczęśliwa, a co dalej? Trzeba ponieść konsekwencje. Także, Moi Drodzy, wizyta w szpitalu, wielogodzinne przekładanie się z boku na boczek i rozprostowywanie obolałych krzyży, przegląd polskich seriali dziwnej maści, których zwykle specjalnie nie śledzę doprowadził mnie do konkluzji moich wielomiesięcznych przemyśleń. Kto by się spodziewał!
Dwa, dostałam ochrzan od przyjaciółki, bo zadzwoniłam do niej dopiero po trzech dniach, że w szpitalu jestem. Hehe, już zapowiedziała ostre starcia przy najbliższym spotkaniu. Kochana.
Trzy, z panem P też rozmawiałam, stwierdził, że jak mnie nie ma w pracy, jest jakoś tak dziwnie, on ma wiecznie zły humor, bo mnie nie widzi i hmmm, posunęłam się o krok dalej, tęskni? Brakuje mu mnie? Hm. Nie wiem, mam dystans, bo moje myśli - sami widzicie, nieraz niezbyt ciekawe - doprowadzą mnie znowu do paranoi, a tego naprawdę chciałabym uniknąć. No nic, zjem coś, może obejrzę i jak zachcę mi się - pójdę spać. Jutro trzeba wreszcie coś pożytecznego zrobić, bo sobie po prostu w łeb strzelę jak tak dalej pójdzie. Nic, będzie dobrze. Jest lepiej :)

piątek, 24 stycznia 2014

zaz.


'Kiedy zaczynasz mieć do czynienia z ludźmi, dobrze pamiętaj,
że nie masz do czynienia z istotami logicznymi, tylko emocjonalnymi'


W sumie to wiedziałam, że do tego dojdzie. Kiedyś musiało. Kiedyś musiały wypłynąć pytania, irytacja z niektórych spraw, kiedyś trzeba określić czego się chce i czego się wymaga od ludzi, których ma się w swoim otoczeniu. Miałam jednak nadzieję, że na ten moment jeszcze troszeczkę poczekam. A tu proszę. I wychodzi na to, że to ja się nie angażuję,że mi nie zależy, że ja tak na prawdę skreśliłam "nas" jako parę już na wstępie. Czy to prawda czy nie, zaczęłam się zastanawiać i doszłam do wniosku, że nie,nie skreśliłam. Po prostu płynęłam z prądem, z życiem, godząc się na to co mi w tym momencie przyniosło, a, że przyniosło mi kogoś wartościowego i wplątało w taką sytuację, to już druga strona medalu. Rozrysowałam sobie dzisiaj mapę myśli - zaczynam bardziej kierować się na stomę, nie wiem czy to przez okres kształcenia, że jest krótszy i pierwsza myśl to 'stoma UJ', następna 'lek UMP', później idziemy już w poszukiwanie perspektyw w innych miejscach świata, w innych zawodach 'psycho UJ',technologie czy inżynierie chemiczne na polubudzie, 'fizjo'. No i w sumie to fizjo mnie też dosyć przekonuje, ale to sytuacja jak z psychologią - z pracą może być ciężko, chociaż może po fizjo mogłoby być z tym choć ociupinkę lepiej. Dochodzi farma - i tu drogi dwie, choć lepsza wydaje się magisterska nie techniczna.Się okaże. No dobrze, drogę zawodową mam obraną, mapa myśli rozrysowana, pieczątką podbite, krwią podpisane. I przechodzimy do części trudniejszej - życie prywatne. Tu zaznaczyłam jedną strzałkę - On. Wczoraj zadał mi wiele pytań, na które nie potrafiłam odpowiedzieć - jak ja do nas podchodzę, czego od niego wymagam, jak chce żeby on się zachowywał, jak w moim wyobrażeniu to ma wyglądać, skoro ja chce więcej, to muszę dać i cokolwiek z siebie. Zapytał co ja poświęcam, co ja daję od siebie - i w tym momencie dotarło do mnie, że tak na prawdę to nie daję od siebie nic. Moje minimalne zaangażowanie jest wręcz żenujące, bo potrafię tylko narzekać jak to mam mało czasu (gdzie tak na prawdę mam go multum!), jak to strasznie mogłabym się uczyć, a spotkam się z nim na tą godzinkę czy dwie. Znów, z drugiej strony obawiam się, że moje zaangażowanie będzie jak w przypadku 'związku' z Tb, co nie skończyło się zbyt ciekawie. On nie wymaga ode mnie rezygnacji z leku czy stomy, nie, wymaga tylko odpowiedzi, deklaracji i udowodnienia, że warto się starać, warto w to iść na całego. A ja? Przez chwilę przeleciało mi nawet przez myśl czy nie dać sobie spokoju, nie odpuścić, bo to zbyt trudne, ciężkie. Ale później wyśmiałam samą siebie i doszłam do wniosku, że ja nie chce iść na lek czy stomę,nie chcę iść na studia, jeśli jego nie będzie obok mnie, nie chcę ruszyć do przodu w moim życiu, jeśli to on nie będzie szedł obok mnie. Bo to wszystko bez niego traci sens. Straciło na chwilę kiedy nagle postanowiłam ograniczyć kontakt i wtedy to dopiero było ciężko. Kiedy chociaż o nim pomyśle od razu się uśmiecham, a moje maleńkie zimne serduszko lekko się ociepla i przyspiesza. Gdy jesteśmy na jednej zmianie, bądź wiem, że on jeszcze przez chwilę będzie w pracy - mamy podwieszone lustra na suficie - ja cały czas wpatruję się w te lustra - często robię to już podświadomie, kiedy usłyszę trzask drzwi na zaplecze - i wypatruję jego postaci, czy on przypadkiem nie idzie, czy nie przemyka gdzieś, a kiedy go zobaczę, znowu serce prawie do gardła podskakuje, policzki płoną, nogi aż same chodzą. Czy to normalne? Czy jestem chora, obłąkana? Bo nigdy się tak nie czułam, a myśl, że jeśli właśnie tu i teraz czegoś nie zrobię to go stracę jest dla mnie czymś niepojętym. Czego ja mogę od niego wymagać, jakich zachowań? Czego mi jeszcze brakuję? W Tb wkurzało mnie wiele rzeczy, on się w ogóle nie angażował, natomiast pan P - kiedy tylko mamy możliwość choćby najdrobniejszą, stara się tak kombinować żebyśmy się spotkali, mimo tego, że są to późne godziny i jeśli jedziemy do niego, może to być dosyć nie wiem uciążliwe (?) dla jego mamy; zawsze mnie odwoził, przywoził, zawoził, zawsze jest kiedy go potrzebuję, jest dla mnie jakąś dziwną motywacją, sama jego obecność mnie motywuje do życia, do wstania rano i pójścia do pracy, na korki; on jest tym impulsem, który sprawia, że chce być lepsza, że chcę nad sobą pracować. Oprócz Tb nigdy w moim życiu na dłuższy czas nie było faceta. Nie wiem jak powinien wyglądać związek. Wiem, że moje wymagania - czyli tylko ja, wyjazd do Krk ze mną bądź też przyjeżdżanie kiedy tylko będzie możliwość, na chwilę obecną są tylko pobożnymi życzeniami. Nie wiem, żeby częściej wpadał do mnie na kawę, choćby na godzinkę? Wieczorami? Żeby spróbował się przekonać do moich rodziców, porozmawiać z nimi? Żeby znów tak jak na początku pisał do mnie wieczorami, kiedy się spotkamy, bo nie widział mnie jeden dzień i to jest straszne. Co ja daje od siebie? Na chwilę obecną, niewiele. Praktycznie, żyję w świecie wyobrażeń. Czas więc zejść na ziemię droga Maju. Określenie się nie jest niczym trudnym. Tak więc, podjęłam decyzję, nie rozmyślam już, nie dywaguję, nie rozpatruję. Postanowione, teraz trzeba się liczyć z konsekwencjami.
Wczoraj byłam na biologii, przyjemnie, fajnie, krwionośnie, odpornościowo i wydalniczo. W przyszłym tygodniu szkieletowo, mięśniowo i rozrodczo. Tak więc, czeka mnie przyjemny czas, biorąc pod uwagę, że mam tylko poniedziałek wolny, a tak to - wtorek zajęty, tak więc też odpada, weekend II zmiana w pracy, no i zostaje środa. W porządalu, zorganizuję to tak, że sama będę zdziwiona i jeszcze zdążę do wtorku przeczytać książkę. Właśnie, kupiłam książkę, tytuł "Głaskologia", pierwszych paręnaście stronnic mnie zaczarowało, dosłownie, nie wiem dlaczego, bo w sumie to takie trochę lanie wody, ale cóż, ciekawe lanie wody. I tak szczerze, jak ją zobaczyłam i troszku przejrzałam, pomyślałam, że stanie się prezentem dla pana P. Ale najpierw muszę ją przeczytać, wtedy będę wiedziała, czy i jemu się spodoba. Tak więc pobożne życzenia są, ostre plany też, teraz pozostaje tylko realizacja.
Dziś skończyłam termochemię i rozpoczęłam pięknie z elektrochemią - początki przecudne,wow wow, zadanka takie proste,wow wow, liczenie takie zajmujące, wow wow, Maja taka radosna. Aż kurde natrafiło się jedno zadanie i muszę je jeszcze raz przeanalizować, bo na bank jest banalne, a cóż, razem z korepetytorką głowiłyśmy się nad nim chyba z pół godziny..Tak więc, moje rozkminy muszą się ustatkować. Bo szczerze powiedziawszy, mam troszkę dosyć zastanawiania się nad wszystkim, rozmyślania, szukania rozwiązań, robię co postanowiłam, biorę na swoje barki całą odpowiedzialność za to i płynę, inaczej niż wcześniej, spokojniej, bardziej poukładanie. Będzie dobrze, ja to wiem. Tylko cóż, dziś moja korepetytorka od chemii - już jako druga osoba w przeciągu kilku dni (nie wiem, czy to tak po mnie widać, czy w moich oczach jakieś kiczowate serduszka się mienią, czy co)- można powiedzieć, że przestrzegła mnie, że nie warto zbyt szybko angażować się w poważne związki. Bo zwraca się wtedy uwagę na tę drugą osobę, a nie na samego siebie, ogranicza się mimowolnie. Coś w tym jest. Zostawiam was z moją najnowszą miłości i Au Revoir!

piątek, 17 stycznia 2014

my heart's on fire.

"Godne uznania w jego życiu jest nie to, czego dokonał, ale to, czego próbował. W naszych czasach smutne jest nie to, czego nie osiągamy, ale to, czego nie próbujemy. Prawdziwy idealizm polega na podejmowaniu prób."
L. Marcuse


Korci mnie. Tak strasznie mnie korci żeby napisać. Minął tydzień. Brakuje mi go jeszcze bardziej, choć wróciliśmy do stanu względnego spokoju. W zeszły czwartek bodaj napisałam do niego. Krótka wymiana smsów. Straciłam wszelką nadzieję. Aż tu wychodzę z pracy w sobotę, sprawdzam skrzynkę odbiorczą. Sms. Od niego. Czy dałabym radę spotkać się z nim po pracy. Naprędce wcisnęłam zieloną słuchaweczkę, usłyszałam kilka sygnałów i ten głos. Głos, który sprawia, że moje serce drży niebezpiecznie, oczy lśnią dziwnym blaskiem, a słowa stają się bardziej elokwentne, ironiczne. Spotykamy się. Jedziemy do marketu, kupujemy coś 'na ząb'. Rozmawiamy normalnie, żartujemy, drażnimy się. Tęsknota na chwilę znika (wreszcie). Jedziemy do niego. Przedstawiamy swoje argumenty, dochodzimy do kompromisu. Ma być lepiej. Tylko zastanawia mnie dlaczego on wciąż mówi o tym moim wyjeździe, że zniknę itd. i,że nie chodzi o to, że to niemożliwe, czy, że on by nie chciał żeby było możliwe, ale generalnie jest to czymś sprzecznym z jego myśleniem. Że związek na odległość, mam na myśli. Kali zabić słonia, ale trudno, kość słoniową ma i to się liczy. Więc pytam go ostatnio kiedy mnie odwoził, dlaczego nie czerpie, nie korzysta, dlaczego nie daje życiu płynąć tylko wciąż o tym mówi, zadręcza się, nie wierzy. A on do mnie - dosyć podirytowany - Maja, widzisz zakręt, to co robisz, nie myślisz o nim, tylko jedziesz na ślepo? Teraz tak sobie myślę, że z jednej strony ma rację, trzeba myśleć racjonalnie. Z drugiej strony, ja wiem jakie ja mam podejście i wiem, że go nie zmienię, bo znam siebie. Wiem na ile mnie stać zarówno jeśli chodzi o życie zawodowe jak i prywatne. Powiedziałam mu to, że ja jestem spokojna o 'nas', że nie myślę o zakręcie, bo dla mnie na razie jest prosta droga, a zakręt majaczy gdzieś tam w oddali i może okazać się ogromny, przerażający, nie do pokonania, a może być wręcz przeciwnie. Więc po co męczyć się ponurymi myślami, kiedy można cieszyć się przeżywanymi wspólnie chwilami. Ja chłonę. Pozyskuję energię z zewnątrz, z ludzi, ze świata, ze słońca, z powietrza, z przyrody, z muzyki. Jestem szczęśliwą sobą. Jeśli on tak nie potrafi, jeśli nie potrafi tego wykorzystać, dać z siebie wszystko, to czy jest sens? Tak sobie właśnie myślałam, rozprawiałam w głowie, że jestem problemem. Tak na prawdę jestem tylko problemem. Więc może należy się wycofać, odpuścić, a problem sam zniknie? Dla mnie to głupota, słowem wstępu przytoczyłam bardzo mądry cytat, który całkiem niedawno wpadł mi w oko i wyjść nie chciał, dając do zrozumienia, że jestem na tak. Zgadzam się z tym i podpisuję wszystkimi czterema kończynami! Liczy się to czego się spróbowało i ile się z siebie dało. Poza tym, liczy się wiara. Czy gdybym nie wierzyła w siebie byłabym właśnie w tym miejscu, w którym jestem? Czy męczyłabym się tak, jak to robię, bo nie łudźmy się, mam urwanie głowy. Czy robiłabym to bez wiary? A może jestem po prostu infantylną idiotką? Może. Ale przynajmniej będę miała ten wewnętrzny spokój "tak, spróbowałaś, tak, dałaś w siebie zdecydowanie WSZYSTKO".No nic. Jestem zmęczona, zaspana i mam wizję jutrzejszego upojnego dzionka z biologią i chemią, w końcu dzień wolny od pracy, to trzeba popracować! Ech.


piątek, 3 stycznia 2014

low roar.


'Chciałabym aby ten rok był "ach" a nie "ech".'

Jak to jest, iść wciąż tą samą drogą, a jednak co chwilę z niej zbaczać? Mieć obrany cel, dążyć do jego
osiągnięcia, a na każdym kroku oddalać się od niego? Czy jest w tym w ogóle jakiś sens? Muszę wytrwać jeszcze dwa miesiące. O ile psychicznie wydolę, uważam, że będę gotowa na wszystko, na maturę, studia, na usamodzielnienie się prawie w 100%. Dam radę. Dwa miesiące. 18 dni pracujących w tym miesiącu. I luty. Później dwa i pół miesiąca porządnego zapieprzania (i mówię serio, jestem strasznie zmotywowana, aż mnie własna mobilizacja przeraża). Muszę się tylko poskładać. Poukładać. Powoli, delikatnie. Stwierdzam, że uwielbiam wprost pakować się w dziwne sytuacje, które wyrządzają więcej szkód dla mnie niż to wszystko byłoby warte. I to chwilowe szczęście, które jakimś dziwnym cudem potrafi do sobie przekonać. Przemawiało do mnie, choć wiedziałam, że nie będzie to transakcja długotrwała, że moje korzyści bardzo szybko się skończą i, że pewnego dnia (takiego jak dzisiaj np) uświadomię sobie jaką byłam idiotką, i jak bardzo teraz boli ta głupota. Rozsądku, jeśli jeszcze gdzieś tam jesteś wołam cię, odezwij się, daj jakiś znak. Powiedz, że jeszcze jesteś, choć cień twojej postaci. Miotam się? Lecę, choć spadam, nie mogę się wzbić, bo za każdym razem kiedy próbuję coś podcina moje skrzydła. I wpadłam w pułapkę marazmu. Dlaczego ta sytuacja musiała być tak cholernie skomplikowana? Dlaczego kiedy udało mi się (zupełnie przypadkiem) spotkać kogoś takiego, życie, kapryśna dzierlatka, powiedziało - nie, nie nacieszysz się długo, nie będziesz szczęśliwa. Ulotne cudowne chwile, które teraz wspominam z cieniem uśmiechu. Nie żałuję ich. Nie żałuję ani minuty. I wpatrując się w delikatny srebrny łańcuszek, w jakże banalny wzór, uśmiecham się, mimo wszystko. Uśmiecham. Bo było wiele szczęśliwych chwil. Ale czuję się zmęczona. Potwornie wycieńczona psychicznie. I błagam Boga w każdej sekundzie, żeby było tak jak dawniej - spokojnie, stabilnie, dobrze. Błagam. Może podświadomie zaczynam panikować, bo zbliża się maj, bo wcześniej czeka mnie marzec, wypowiedzenie, koniec pewnego krótkiego rozdziału życia i miejmy nadzieje - początek nowego, dłuższego i dającego korzyści w przyszłości rozdziału. W moim życiu musi zapanować spokój. Za dużo tu niedopowiedzeń, za dużo chaosu. Potrzebuję tylko trochę więcej siły. Ociupinkę.


piątek, 18 października 2013

breath of life.

"Ludzie mający charakter postępują właściwie nie dlatego, że myślą, że zmienią przez to świat, lecz dlatego, że nie godzą się na to, by świat ich zmienił."
Michael Josephson



Żyjemy w świecie wiecznych złudzeń. Nie godzimy się z tym co przynosi nam życie, lecz walczymy z wiatrakami. Czuje, że walczę, prowadzę wieczną bitwę o wolność, o własne przekonania. Ciężki to bój, przyznam, często przerasta mnie. Mam wrażenie, że wszystko jest w porządku, to czego potrzebuje, co chce, jest w zasięgu mojej ręki. Nie ma nic bardziej mylnego. Na świecie praktycznie nie ma rzeczy pewnych. Pragnę uciec, zniknąć, zmyć się, żyć sobie gdzieś na odludziu, nie musieć doświadczać tego, czego doświadczam. Z drugiej strony, są to doświadczenia przyprawiające o utrzymujący się niebezpiecznie wysoko poziom endorfin. Mam dość, w sensie tym, że jestem zmęczona, ta walka pochłania więcej energii niż to wszystko jest warte. Mam syndrom człowieka zawieszonego - pomiędzy światem licealnym, a studenckim, gdzie przerywnikiem jest prawdziwe dorosłe życie - praca. Bardzo to trudne, bo spotykając znajomych, czy nawet jeżdżąc do pracy czuje się potwornie staro, bo wszyscy inni jadący to takie dzieciaczki, co ledwie z pieluch wyrosły. A w pracy natomiast jest wręcz na odwrót. Mam wrażenie, że nikt nie traktuje mnie poważnie, może przez moje usposobienie. Niestety, tego nie zmienię, po prostu uwielbiam się śmiać, ironizować i żartować. Czy coś w tym złego? Jednak wolałam jak ludzie z pracy nie wiedzieli ile mam lat, czy czego chce od życia. Wszystko było znacznie prostsze. Teraz natomiast jestem chyba co nieco dziwnie odbierana. Rozumiem, jestem bardzo młoda, ale żeby tak generalizować i od razu zakładać, że jak się ma tych dziewiętnaście lat, to jest się gówniarzem, który nic nie kuma, myśli tylko o zabawie i różowych kucykach (tu chyba jakaś pomyłka, nie mam TRZYnastu a DZIĘWIĘTnaście lat). Nie wiedziałam, że to przez pryzmat wieku powinno się oceniać ludzi, sądziłam, że raczej dojrzałość emocjonalna wskazuje na rzeczywistą dorosłość danej osoby, a nie cyferki w dowodzie. Po prostu się zawiodłam i poczułam jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Nie mam ochoty na podniecanie się przeżyciami dni, które minęły. Nie mam ochoty myśleć, rozpamiętywać, zastanawiać się. Ale nie mogę. Po prostu nie mogę przestać, to jakiś głupi automatyzm się włącza człowiekowi i wiadomo, że już koniec. Czy rzeczywiście przyciągają się tylko przeciwieństwa? Moim zdaniem to bezsens, bo czy serio ludzie pod jakimiś względami podobni do siebie w pewnym momencie znudziliby się sobą? Może tak, może nie, nie wiem jak się ustosunkować. Jestem zmęczona, chce mi się spać. A wczoraj był tak cudny wieczór i do południa humor mi się utrzymywał. Teraz podziękuję. Zgłupiałam po prostu, totalnie zgłupiałam. Także, nie potrzebuję tego w tym momencie, nie potrzebuję go.. Nie chcę. Mam tak wiele własnych spraw na głowie,że to nimi się muszę zająć, bo naprawdę, nie chcę powtórki z rozrywki. Ale na prawdę nie spodziewałam się takich słów z Tych ust. Zabolało. Żegnaj. Wracam.

niedziela, 29 września 2013

celebration.

'Robią zdjęcia alpinistom z samego szczytu góry. Uśmiechają się pełni zachwytu triumfujący. Nie robią zdjęć po drodze, ponieważ kto chce pamiętać resztę? Popychamy się do przodu, ponieważ musimy, a nie dlatego, że to lubimy. Niepowstrzymana wspinaczka, ból i udręka wkraczania na następny poziom – nikt nie robi temu zdjęć. Nikt nie chce pamiętać. Chcemy pamiętać jedynie widok ze szczytu. Ten zapierający dech w piersiach moment na skraju świata. Po to się wciąż wspinamy. To jest warte bólu. I to właśnie ta szalona część.'

Świat jest dziwny. Ludzie są dziwni. A może to ja po prostu taka jestem? Tym filozoficznym stwierdzeniem postanowiłam rozpocząć dzisiejszy, w sumie nieco poirytowany post. Zastanawia mnie dlaczego właśnie wtedy, kiedy mam najmniej czasu i ochoty, nagle nie wiadomo ilu osobom zachciewa się zapoznawania. Jest to tak żmudny i czasochłonny proces, dodatkowo nie ma się nigdy pewności czy zakończy się sukcesem. Szczerze, na chwilę obecną to ostatnia rzecz której chce. Jestem emocjonalnie pusta. Stałam się taka względem płci przeciwnej i ograniczam się jedynie do zwykłej kultury osobistej, nie raz nie dwa odbieranej jako 'coś więcej', a w innych przypadkach jako gruboskórność, i brak uczuć. A ja po prostu nie mam siły znowu angażować się. Nie jestem na to gotowa i wcale ale to w ogóle nie mam zamiaru się przekonywać. Nie i koniec kropka. Przez to jestem ciut poirytowana, bo nie mam ochoty prowadzić dennych konwersacji z co poniektórymi osobami, ale jestem zbyt kulturalna żeby prosto z mostu walnąć "sorry memory, noł łej, nie masz szans, więc daj sobie spokój". Z innymi natomiast z wielką chęcią konwersacje prowadzę, choć często i na owe chęci nie mam. Co jest przyczyną? Prosta sprawa - po dosyć długiej konfrontacji z Tb zniechęciłam się. Z drugiej strony, wiem po prostu jak nie chcę żeby było, więc pewne typy od razu skreślam - tak wiem, może być to zgubne, bo nie powinno się sądzić po pozorach czy po pierwszym wrażeniu, ale cóż ja na to poradzę, że mam tak silną intuicję, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła (i oby jak najdłużej)? Dziwne jest to, że kiedy byłam na pamiętnym sylwestrze, wychodząc z jednego z pokoi stanęłam twarzą w twarz z Tb i wtedy wiedziałam - ten człowiek stanie się dla mnie ważny i wprowadzi znaczące zmiany w moim życiu. Bang bang! Niespodzianka- tak właśnie się stało. A może po prostu sobie wmówiłam, że tak będzie i nieco podświadomie dążyłam do spełnienia przeczucia? Kto to wie. Nieważne.
Jest stabilnie. Skojarzył mi się dosyć znany tekst, który poprzedza te dwa słowa, ale go tu nie użyję. Prawdę powiedziawszy, czuję się na prawdę dobrze. Znów chętnie się uczę, równie chętnie jeżdżę na korepetycje z biologii. Tak na marginesie- jest za*ebiście (na chwilę obecną). Nareszcie czuję, że mój potencjał jest w pełni wykorzystywany. Przez te półtorej godziny intensywnego wysiłku umysłowego jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I to jest to. Po piątkowych zajęciach wróciłam do domu tak rozemocjonowania, że dosłownie skakałam ze szczęścia. Korepetytorka stwierdziła, że bardzo jej się podoba mój sposób myślenia. Zadziałało to jak słowne obsypanie złotem. Bum.. Enjoy. So happy.
Jeszcze trzeba chemię ogarnąć. I przetrwać do wypłaty. Wygląda na to, że skończyło się życie wędrowca, przechodzę z koczowniczego trybu życia do osiadłego. Finally! Spokojnie robię notatki, nadrabiam zaległości w Grey's Anatomy. Czytam książki. Delektuję się każdą chwilą, która pozwala mi się samodoskonalić. Trochę jak taka joga, tylko bez jogi. Po prostu, harmonia. Jutro czeka mnie wyprawa - odbiorę wyniki badań krwi, zobaczymy czy mam jakąś anemię, czy może jednak nie (taki nieśmieszny żarcik:p), poza tym odwiedzę szkołę, nie wiem czy muszę składać deklarację teraz czy wystarczy w lutym, a tak to się przekonam. Wybiorę się również do biblioteki, bo zamówiłam sobie zadanka Persony z biologii i chemii i vademecum Operonu. Nie ważne, że mam już tyle książek, że już nie mam gdzie tego składować. Nie ważne, że mam Pyłkę-Gutowską, gdzie jest świetnie wszystko wytłumaczone. Jednak, pewne drobiazgi z Operonu są mi potrzebne właśnie teraz, a nie chcę niczego pominąć. Nie tym razem. Nie dam się tak łatwo i będę walczyć do końca. Jest wrzesień. 29. Uch, właśnie sobie skojarzyłam, że jutro moje urodziny... Dziewiętnaste. Ostatnie naste urodziny w życiu. Trzeba to jakoś uczcić. Jak?
Chce dotrzeć na szczyt i dotknąć chmur.


piątek, 20 września 2013

for emma,forever ago.

'W którymś momencie trzeba podjąć decyzje, granice nie chronią cię przed innymi ludźmi, one odgradzają cię od świata. Życie jest pokręcone. Tacy już jesteśmy. Tak więc można zmarnować życie, wytyczając granice albo przeżyć życie, przekraczając je. Ale są pewne granice, których przekraczanie jest zbyt niebezpieczne. Wiem jedno, jeśli człowiek jest gotów zaryzykować, widok z drugiej strony zapiera dech w piersiach.'


Mrauuu... budzę się z dziwnej blogowej śpiączki, pocieram niepewnie rączki. Cóż, trochu czasu minęło, trochu więcej wody upłynęło, wiele się zmieniło. Przez ostatni miesiąc (wow, dokładnie miesiąc) przeżywałam wzloty i upadki, prawdziwe motywacyjne kopniaki, i demotywujące stany stresowo-lękowo-depresyjno-beznadziejne. Tiaa.. Sporo na raz. I plany się zmieniły, moje szkolenie trwać miało dwa tygodnie - trwa miesiąc, a ma potrwać jeszcze cztery dni w przyszłym tygodniu. Później się okaże. Dziś spotkałam się z D. Mało czasu miałyśmy, bo może godzinkę i nim zdążyłyśmy porządnie zagłębić się w tematykę teraźniejszych życiowych przewrotów, owa godzinka przeleciała jak z bicza strzelił. Nie bardzo wiem o czym mam pisać. Poczułam dziś, że jestem szczęśliwa. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi, których za wszelką cenę powinnam utrzymać jak najbliżej. Pracuję ciężko, nie mam czasu na głupie przemyślenia z cyklu "Majowe wymyślanie pierdół, bo nie ma co innego do roboty, a zajebiście jest utwierdzać się w przekonaniu o słuszności głupich teorii". Gdy tylko mam wolny czas uczę się biologii. Dziś drugi raz byłam na korkach i kiedy tak po raz któryś z kolei udzieliłam jakiejś błyskotliwej odpowiedzi, a oczy korepetytorki - kobiety którą darzę wielkim szacunkiem za ogrom wiedzy, który posiada, za to, że na każde pytanie które zadaje (dociekliwa jaaa muaha) udziela bardzo logicznych odpowiedzi i potrafi w tak prosty sposób zakorzenić jakieś drobiazgi w mojej głowie - zalśniły, z jej ust popłynęły słowa pochwały, poczułam radość. Znów wróciła do mnie moja kochana radość. Z tego co robię, że robię właśnie TO. Kiedy sobie uświadomiłam drobny, acz niezwykle istotny fakt, uświadomiłam sobie również, że jestem szczęśliwa. Pal licho, że znów muszę gdzieś jechać, że zapieprzam jak murzynek Bambo przy bawełnie, za psie pieniądze. Pal licho, że w domu jestem bardziej gościem, że dopiero dziś na prawdę, ale tak na serio się wyspałam, wypoczęłam. Kocham to. Kocham moje życie. Ze wszystkimi jego dziwnościami, ze wszystkimi zakrętami i przejściami, z całym balastem.
A tak abstrahując od tematu, przypomniał mi się zeszły piątek trzynastego. We czwartek wieczorem wróciłam do domu, wyczerpana, położyłam się spać. Następnego dnia rano miałam fryzjera. Zwlekłam się więc z łóżka, niezbytnio zadowolona, że po tygodniu zrywania się raniutko i biegania do pracy, w dzień wolny musiałam zrobić to samo. Nic, chcesz być piękna musisz cierpieć, powtarzałam sobie. Rano przeglądając papierki i szukając dokumentów z banku, zawartość teczki wypadła na ziemię. Olaboga co to w ogóle było za zdarzenie, aż musiałam je opisać na blogu! Dziwny zbieg okoliczności, że ujrzałam facjatkę osoby, której wcale nie chciałam ujrzeć - Tb.. jego CV. Pamiętam skąd je miałam, nieważne, wzdrygnęłam się, złapałam paper, potargałam na drobny maczek i pozbyłam się. Uff!! To jeszcze nic (czy to ten piątek trzynastego, czy co???), nie dość, że fryzjer zrobił mi jakiś dziwny kolor myszy na głowie, to jeszcze suszarka nie miała osłonki i bach..moje mysie włosy wlazły do wiatraczka, utknęły i trzeba było kawałek obciąć. Jakby wrażeń było mało, poszłam do galerii z zamiarem kupienia spodni. Oczywiście spodni nie kupiłam, a że zamiast tego moja szafa wzbogaciła się o kurtkę, żakiet i koszulkę to inna historia. W ogóle idę sobie dziarskim beztroskim krokiem, patrzę, a tu .. Tb. Zapomniałam, że pracuje jako sprzedawca w RTV Euro AGD. Że też musiałam na niego trafić. Zgłupiałam tego dnia. Ot, piątek trzynastego...
Ale na dziś wystarczy tych mrożących krew w żyłach historii, bo jeszcze z tych emocji kogoś bezsenność dopadnie. Lecę lulu, jutro czeka mnie kolejny intensywny dzień. Pozdrawiam Wszystkich cieplutko :)



piątek, 12 lipca 2013

mind.

'Jeśli zawsze podążasz do następnego momentu, co się dzieje w tym, w którym właśnie jesteś?'


Ostatni wpis - po wielokrotnym przeczytaniu i przeanalizowaniu każdego słowa - był co nieco dramatyczny. Tak, wydaje mi się, że to słowo doskonale opisuje jak się wtedy czułam. Nadszedł TEN czas. Upragniony dla każdego, kto startuje na studia - listy rankingowe. Sprawdziłam swoje pozycje i muszę przyznać zupełnie szczerze, że pierwszą reakcją był śmiech. Po prostu rozbawiło mnie to. Może któraś klepka uciekła, albo nie wszystko odpowiednio styka tam pod kopułą, ale zareagowałam zwykłym rozbawieniem. Choć pod przykrywką osoby wyluzowanej, mającej wszystko gdzieś, obojętnej na wiele rzeczy, kryje się tak naprawdę osoba krucha, delikatna i niezwykle wrażliwa, do której pewne sprawy docierają z niewielkim opóźnieniem. To opóźnienie nastąpiło dzisiejszego popołudnia. Ckliwa historyjka już wypisz wymaluj w głowie ułożona, piękne tło dla zdarzenia utkane z nici wspomnień, ale żadne słowa w rzeczywistości nie potrafią opisać jak się poczułam. Bodziec. Wystarczy jeden mały - właściwie nie taki znowu mały, ale to szczegół - bodziec, który spowoduje jakieś zwarcie, namąci w głowie i poustawia klepki na odpowiednie miejsce, dając im do zrozumienia, że będąc w obecnym stanie najbardziej krzywdzą siebie. W ostatnich dniach miałam bardzo dużo czasu na przemyślenia. Wieczne poszukiwanie jakiejkolwiek formy zatrudnienia, pusty dom, w którym każde słowo odbija się echem, przyjaciele wyjeżdżający na wakacje, osamotnienie, to wszystko sprzyja przejściu na zupełnie inny poziom. Ja w pewnym momencie nie bardzo byłam świadoma tych myśli, po prostu były, przychodziły, odchodziły i znów przychodziły. Potrafiłam robić zupełnie prozaiczne rzeczy lecz myślami wędrować do zdarzeń sprzed kilku miesięcy. Tak, potrzebowałam tego. Przemyślenia. Przeżycia każdej chwili na nowo, zastanowienia, zadania sobie pytania - czy było warto? Czy warto było poświęcić największe marzenie, jakie kiedykolwiek się zrodziło w tej idealistycznej główce, dla zaledwie maleńkiego odchyłu od normy, dla chwilowej nadaktywności mięśnia sercowego? Otóż, wniosek był prosty - nic nie dzieje się bez przyczyny. Choć może to znowu moje idealistyczne, naiwne teorie, nie poparte żadnymi faktami, argumentami. Mimo wszystko, wierzę w to, że wszystko co się nam przydarza, dzieje się w jakimś celu. Czegoś nas uczy, coś udowadnia, pokazuje, że życie jest czarne i białe. Punkt kulminacyjny nadszedł właśnie dziś. Kiedy to postanowiłam sprawdzić listę na Uniwerku w Łodzi. Uświadomiłam sobie jak spieprzyłam, jak zawaliłam na całej linii i jak bardzo żałuję, że podeszłam do tego tak beztrosko, choć wiedziałam doskonale, że potrafię dać z siebie wszystko i napisać jak najlepiej, ja, nie wiedzieć czemu, zadziałałam odwrotnie. Może świadomość tego, że i tak w sumie dawałam sobie rok "jakby co", i nie byłam nawet gotowa na rozpoczęcie studiów. Bo psychiczne przygotowanie było na poziomie zerowym. W pierwszej chwili, kiedy zobaczyłam tą listę, poczułam straszny żal do siebie samej. Kiedy widziałam inne nie działało to na mnie jak ta. Tu była zupełnie inna sytuacja. Oczywiście, łzy napłynęły mi do oczu, a siarczyste przekleństwa sypnęły się z ust. Ale zacisnęłam pośladki, otarłam łzy i udało mi się obrócić ten żal w motywacje. Bibliografia prawie cała zebrana w domu. Ciekawe książki, którymi będę żywić swój umysł przez najbliższy czas. Ale jestem gotowa. Zupełnie inaczej niż rok temu. Z inną świadomością. Fakt, trochę się boję, bo zawsze jakiś maleńki strach siedzi za uchem i podszeptuje, jakie to straszne rzeczy mogą się przytrafić. Mimo to, walczę, bo najważniejsze to się nie poddawać, kiedy gra jest warta świeczki. Mam nadzieję, że motywacja zostanie ze mną na dłużej. A na razie - ku własnej niesamowitej uciesze - delektuję się pierwszymi odcinkami "Chirurgów". See ya!


piątek, 19 kwietnia 2013

just breathe.

'Mam w sobie taką konfuzję, zamęt i chaos, że nie rozumiem, jak ludzka dusza może to znieść. Znajdziecie we mnie wszystko, co chcecie, absolutnie wszystko.' 

Duszę się..Tonę..Spadam..Nie widzę końca, nie widzę doliny, nadzieja nie kuka zachęcająco zza oblanego blaskiem porannego słońca pagórka. Wszystko się gmatwa, robi się porządny zamęt, a ja wewnątrz mam chaos niekontrolowany, prawdziwa burza z piorunami i mętlik niesamowity. Chyba jestem zbyt podatna na sugestie. Chyba nie mam własnego zdania i ta uparta osóbka, która zawsze stawiała na swoim gdzieś się rozpłynęła. Nie, owszem, ja stawiam na swoim, ale nie w tych sytuacjach, w których trzeba. Nie rozumiem świata, nie pojmuję. Choć, z drugiej strony jakieś pozostałości rozsądku podpowiadają - nic nie dzieje się bez przyczyny. Ludzie, których spotykamy na naszej drodze często są tylko statystami, którzy odegrają swoją scenę i znikają jak kamfora. Zdarzają się aktorzy z prawdziwego zdarzenia. To oni w większym stopniu kreują naszą rzeczywistość. Jedni i drudzy potrafią nas uszczęśliwić, sprawić, że będziemy płakać nocami w poduszkę czy stworzyć z nas zupełnie innych ludzi. To dziwne, ale powiedzenie "z kim przystajesz takim się stajesz" jest moim zdaniem jak najbardziej prawdziwe. Pewne zachowania po prostu przejmujemy, uczymy się ich i wchodzą nam w nawyk. Był w moim życiu -swego czasu drogi mi- chłopak, miał taki odruch, że kiedy się zastanawiał nad czymś albo chciał mnie rozbawić przekrzywiał usta na jedną stronę i robił dziubek. I ja przejęłam to. To właśnie mi po nim zostało i chyba zawsze będzie mi go przypominać. Najbardziej irytująca jest świadomość, że tak naprawdę nie mamy pojęcia kto z napotykanych jest statystą, a kto aktorem. I zanim przyjdzie nam się o tym przekonać musimy przejść bardzo długą drogę, która różami nie jest usłana, no chyba, że kolczastymi. Oddycham. Wreszcie oddycham. Czuję, że oddycham. Nie wiem co się zmieniło, ale mam nadzieję, że ten stan pozostanie na dłużej. Mam dość huśtawek nastroju, ciągłej niepewności, złości, smutku, żalu, jaskółczego niepokoju. Just breathe...


poniedziałek, 4 lutego 2013

let's philosophing!


"Jeżeli już o coś zabiegasz, idź na całego, 
w przeciwnym razie nawet nie zaczynaj."
-epitafium na grobie Charles'a Bukowski'ego



A dziś zaczniemy może takim miłym akcentem - Witam! Cześć! I czołem! Całkiem przyjemny dzień, choć przyznam, pobudka o godzinie 5 (w nocy:() nie należała do najprzyjemniejszych. Dodatkowo uciekły mi wszystkie autobusy i musiałam zadowolić się busem za 3.50zł a co! Cóż z tego, że rano jadą cztery autobusy, na które mam bilet miesięczny i, że gdyby moja szacowna dupcia zechciała się choć trochę sprężyć nie byłabym stratna w postaci 3.50zł. Co tam, to nie jakiś majątek, ale zdecydowanie zbyt często zdarza mi się zasilać kasę fiskalną busiarzy. Dziś w sumie nie o tym, a o czymś, o czym myśli nachodzą mnie dosyć często ostatnimi czasy. Czy to z powodu Tb? Nie wiem, może. A może zbliżająca się matura daje o sobie znaki? W to wątpię, jeśli o ten temat chodzi. Ale, pofilozofujmy trochę. Dzisiejszego wieczora, jako, że spędzam go niezwykle owocnie nad entalpią swobodną i entropią, także tu oto zawita notka z mego dziennika filozofa (nie chcę użyć tu słowa wiejskiego, ale mi tak strasznie pasuję ;) Życzę więc miłego filozofowowania, choć może nie będzie trzeba aż tak.
Dlaczego ciągle żyjemy złudzeniami? Może złudzenia pomagają nam wierzyć. Człowiek bez jakiejkolwiek wiary, czy to jest wiara w Boga, Allaha, Buddę czy w duszka drzew, staje się pusty, pozbawiony czegoś istotnego. Złudzenia wspomagają wiarę w to, że będzie dobrze, że wszystko potoczy się tęczową dróżką, usłaną różyczkami i oblaną blaskiem wschodzącego słońca. Skoro mamy tego świadomość, czemu nie myślimy realnie? Realia świata często nas przerażają, wszystko przytłacza i nawarstwia się, opadając na nasze ramiona, niczym kilkukilogramowe sztangi. Jesteśmy skazani na ratowanie się z sytuacji, które i tak są odgórnie stracone. W sumie, prawda jest taka, że wszyscy dążymy do jednego - do zagłady. Jedyną pewną rzeczą na świecie jest to, że każdy kiedyś umrze, czy to się zdarzy wcześniej, czy później, czy w taki, czy w inny sposób, nie ważne, to jedyna pewność, którą można człowiekowi obiecać. Życie to wieczne miotanie się, próba oswobodzenia z sideł, z których nie ma ucieczki. Na naszej drodze znowu pojawiają się złudzenia. Pewnie służą pragnieniu szczęścia. Bo przecież każdy z nas właśnie tego pragnie – choć przez chwilę poczuć się szczęśliwym. Dlatego kiedy raz nam się to uda usilnie próbujemy powtarzać sytuacje, które w taki czy inny sposób na nas wpłynęły. Czasem nam się udaje i faktycznie, znowu szczęście puka do naszych drzwi, i pyta o nasz adres. Ale czasem jest wręcz przeciwnie, ale my wciąż się łudzimy. Tak ciężko rozróżnić kiedy następuje sytuacja korzystna, a kiedy nie. Niepewność potrafi doprowadzić człowieka na granicę przepaści, kiedy nie może już zrozumieć samego siebie i dojść do porozumienia z własnym wnętrzem. To skłócenie ciągnie za sobą kolejną niteczkę, która jest przywiązana do następnej, a ta do kolejnej i kolejnej, i tak aż do momentu, kiedy czujemy się całkowicie zagubieni. Niby nie dzieje się nic szczególnego. Niby jakaś wielka zmiana nie zaszła w naszym życiu, ale jednak coś w nas, w środku, uległo zmianie. Może to serce, uśpione, oziębłe i zamrożone, na nowo zaczyna bić? I wtedy dociera do człowieka, że niby nic się nie zmieniło, ale jednak wszystko jest inaczej, że niby on sam wciąż jest ten sam, a jednak jakiś inny. Jak w takiej sytuacji się odnaleźć? Jak znaleźć „złoty środek”, który pozwoli zrozumieć co właściwie się dzieje w życiu tej małej istotki, co doprowadza ją do szaleństwa i obłędu? Nie ma czegoś takiego. Nie ma żadnego środka, początku czy końca, który tłumaczyłby dlaczego dzieje się tak a nie inaczej. Życie to splot wielu niewyjaśnionych i często kompletnie odrealnionych zdarzeń, które z jakiegoś powodu po prostu się dzieją. Może nie rozumiemy o co w tym wszystkim chodzi i kto piszę scenariusz naszego powolnego upadku, ale wciąż brniemy w to. Na ślepo. Nie wiedząc praktycznie czego chcemy i czego oczekujemy od życia. Żeby oczekiwać czegokolwiek od innych, należy najpierw samemu wykazać się inicjatywą. To na pewno buduje silne relacje międzyludzkie, ale czy na tyle silne, żeby powstała chociaż maleńka iskierka pewności? Złudzenia, czasem są potrzebne do życia, bo dzięki nim budząc się rano wciąż – może niechętnie, ale jednak – wstajemy z łóżka i zaczynamy nowy dzień. Z nadzieją, że tym razem coś pójdzie lepiej, piękniej i, że właśnie tego dnia będziemy mogli nareszcie powiedzieć, że jesteśmy szczęśliwi. Znów sprawnie się oszukujemy. Ale nasuwa się więc pytanie zasadnicze, dlaczego tak usilnie szukamy szczęścia? Czym ono jest? Dla każdego na pewno czymś innym. Dla jednych będzie to śniadanie do łóżka, gorące kakao i uśmiech bliskiej osoby, dla innych kariera i powolne wdrapywanie się coraz wyżej po konarach samorealizacji. Każdy człowiek ma coś takiego w swojej psychice, co nie daje spokoju i wręcz domaga się przeżywaniu chwil uniesienia. Szczęście uzależnia. Kiedy raz zasmakujesz tego owocu, nie prędko będziesz chciał przerzucić się na inny. 

środa, 12 grudnia 2012

the unforgiven.

'Wierzę, że wiara w to, że przet­rwa­my poz­wa­la nam przetrwać'

Dziś 12.12.12r. Wszędzie o tym głośno. Gdzie nie spojrzę bombardują mnie pytania "Czy o 12:12 pomyślałeś życzenie?". Myślę sobie, kurde, jakie znowu życzenie? Czy to ze mną jest coś nie tak, czy jak? A co jeśli nie pomyślałam życzenia? Rany, jak ja to przeżyję! Może skonstruuję wehikuł czasu, cofnę się do 12:12 i pomyślę to cholerne życzenie? To by była myśl godna wprowadzenia w życie.
Tak gwoli wstępu trochę faktów bezsensownych, które rozbawiły mnie po włączeniu najwspanialszej Twarzo-książki (czyt. facebook) i wyświetleniu strony głównej. Przesuwam sobie takim pokrętełkiem na myszce i jadę w dół, mijam miliony wpisów odnośnie dnia dzisiejszego, w końcu nikt nie zauważył 999 999 wcześniejszych wpisów. Ech, o ironio. Nie pomyślałam tego cholernego życzenia.
I tak rozkminiam sobie, czy faktycznie muszę kupować podwiązkę na zbliżającą się wielkimi krokami Studniówkę? W sumie, pasowałoby mieć jakąś, ale rzecz w tym, że ja już posiadam. A po cóż kupować, kiedy się ma? Ależ to siostry przecie, to nieodpowiednia. Toż to matury nie zdam jeśli nie będzie KUPIONA NOWA. Także, biję się właśnie z myślami i czuję, że walka jest totalnie nie wyrównana. Co mi pozostaje? Pójść za tupotem tłumu i skierować się do pasmanterii, w celu zakupienia rzeczonej podwiązki? Czy też może pozostać niewzruszona na podszepty innych oraz swej przezorności i poprzestać na tym co mam? Rzecz trzeba przemyśleć, w końcu taaaka ważna sprawa, że aż nie wiem jak się do niej zabrać. Ale oczywiście, w klasie wywiązała się poważna rozmowa na ten temat i prawie do rękoczynów dochodziło. Na szczęście sprawę kompromisowo rozwiązano, krzesło wojenne zakopano i wszystkich powitano w sposób dosadny - solą, bo chleba zabrakło. No i tak by się sprawa podwiązki jawiła. Mogę jednak powiedzieć jedno - sprawy powolutku, ależ to bardzo powolutku, bo po cóż mają się spieszyć, przybierają odpowiedni obrót. I partner się "przyplątał" (a o tym "przyplątaniu" to jeszcze słów kilka za zdań parę). No dwumetrowiec, bo dwumetrowiec, ale jest git. Po cichu myślę sobie tak, ażeby tylko był ok, ażeby tylko sprawował się dobrze, ażeby zabawa była przednia. Trzeba mu jednak przyznać, że pierwsze wrażenie to On zrobił porządne, a i pierwsza rozmowa odnośnie 100.-dniówki całkiem zbiła mnie z tropu, i kompletnie zaskoczyła. Pozytywnie, o dziwo. Dobra, nie chwalę dnia przed zachodem słońca. Milczę już na ten temat.
Jak już wspomniałam parę zdań wcześniej, coś o "przyplątywaniu się". Skojarzyło mi się jak to przeglądałam sobie - co weszło mi w zwyczaj, stety, czy niestety ? - blogi z kategorii medycznych i natrafiłam na wpis o "Syndromie Studenta I Roku". Oczywiście, było to odnośnie medycyny. Tak sobie czytam i czytam i myślę i myślę. Autor opisuję sytuację pewnej blogerki - studentki I roku med -, która to narzeka niesamowicie, jak to niedouczeni są lekarze etc.etc.etc. Nie będę tu przytaczać słów, bo nie o to mi chodzi. W sumie, wywiązała się całkiem pokaźna rozmówka pod wpisem, a głos zabierało wielu czytelników. I tak sobie myślę, że fakt, zdarzają się sytuacje, opisane przez studentkę, ale rację w tej sprawie miał również autor wpisu. Reasumując, przecież lekarz lekarzowi nie równy i sprowadzanie wszystkich (lub prawie wszystkich) do wspólnego mianownika mija się tu z celem. Nie chcę zbytnio zabierać w tej sprawie głosu ( w sumie, nikt mi nie kazał, a tak jakoś temat się na myśl nasunął) bo prawda jest taka, że w swoim życiu natrafiłam na przeróżnych medyków. I w sumie, dzięki jednemu chodzę normalnie, biegam normalnie i żyję normalnie. Mama mówiła, że miałam dysplazję stawu biodrowego i,że gdyby nie Ten Pan Doktor prawdopodobnie butów normalnych nosić bym nie mogła... Dzięki niemu uniknęłam leczenia operacyjnego, choć w sumie sama już nie wiem co gorsze. Pana Doktora oczywiście nie pamiętam, ale uśmiecham się na myśl, kiedy przypomnę sobie sytuację, przez Mamę opowiadaną. Gdy już mogłam biegać jak inne dzieci w moim wieku i korzystałam z tego przywileju na każdym kroku, wybrałyśmy się na wizytę kontrolną. Pan Doktor wychodzi z gabinetu i patrzy z niedowierzaniem. Podchodzi do mej Rodzicielki i pyta " To Maja? To na prawdę Maja!"
Wracając do tematu i odbiegając od sentymentalności, uważam, że niesłusznie jest oceniać wszystkich lekarzy tą samą notą. To trochę niesprawiedliwe. 
I tak rozpisałam się nieco, choć miałam zamiar dwa słowa napisać. Jutro korki z chemii i dowiem się jak rozwiązałam maturkę. Nie mogę się doczekać. Zbliżają się Święta. Nie czuję Świąt. Śnieg w sumie jest, a ja śnieg lubię, więc teoretycznie pierwszy punkt z listy "Must have na Święta" odhaczony. Co dalej? Sylwester;)




Coś mnie na klasyki wzięło..