Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biologiowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biologiowo. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2014

kokoro no kakera.


"Nie narzekaj, że masz pod górę,
  skoro zmierzasz na szczyt!"













Nie było mnie dosyć długo. Na czas pewien z internetów praktycznie wybyłam. Tyle co sprawdzałam pocztę, fejsa, wymieniłam z siostrą kilka zdjęć śmiesznych kotów/lam i nic więcej. Nie traciłam czasu bezmyślnie wpatrując się w ekran, czy wymyślając co tym razem fascynującego opiszę na blogu.
Matury.
To był temat przewodni, główny i najważniejszy ostatnich dni, miesięcy. I po maturach. Dziś oficjalnie koniec morderczego biegu z czasem, prześcigania samej siebie, wkuwania o poranku i wieczorów spędzonych w pracy. Ale i koniec świetnej przygody. Po raz kolejny udowodniłam sobie na jak wiele mnie stać. Nie wiem jakie będą wyniki. Biologie nie sprawdzałam, ale miałam po niej mega depresję, plus, że od dwóch dni poprzedzających egzamin wręcz chodziłam po ścianach ze stresu. CKE po raz kolejny mnie nie zawiodło. Pjona, bym rzekła, znowu dzięki wam doszłam do wniosku kiedy wyszłam z sali, że cały ten rok to mi się chyba tylko wydawało, że się uczę. No ale nic, ŻYCIE, co zrobisz, nic nie zrobisz.
Chemia, inna bajka, inne podejście, uśmiech na twarzy i spokojnie rozwiązywanie arkusza. Aż tak spokojne, że w pewnym momencie musiałam sama siebie pośpieszać, bo ja sobie na lajcie liczyłam zadanka, a zegar wcale nie chciał się zatrzymać. Nieoficjalne odpowiedzi sprawdziłam. Zobaczymy. Haha, ale najlepszy był moment kiedy liczyłam stężenie kwasu karboksylowego ze stałej równowagowej (hmm, nie wiem jak 'mądrze' opisałam zadanie, ale co tam, nie to najważniejsze) i w pewnym momencie zaczęły mi wychodzić chińskie znaczki, i myślę tak sobie "no kurde, to CKE nie może nas aż tak bardzo nienawidzić!" I policzyłam! Tak więc teraz nie pozostaje nam nic jak tylko czekać i modlić się.
A ja w niedzielę wracam do pracy. I znowu się zacznie. Mam nadzieję, że w to lato pogoda się uda i będę mogła śmigać na rowerze godzinami po obrzeżnych pagórkach, i dolinach. Achh, na samą myśl się rozmarzyłam...
See Ya!


wtorek, 8 kwietnia 2014

riptide.

'Nie na­zywaj moich marzeń szaleństwem jeśli sam, oprócz
sza­rej rzeczy­wis­tości 
nie masz nic więcej.' 





Dziś tak piękna pogoda.
Achh, nie każcie mi się uczyć w tak cudną pogodę.
Nie każcie mi patrzeć na tę wspaniałą pogodę
Przez okno
Choć w sumie, sama sobie każę. Parę chwil spędziłam wygrzewając swoje obolałe kości na słońcu, w słomianym kapeluszu i - oczywiście- z nieodstępującym mnie na krok Vademecum z biologii. Prawie idealnie. Prawie. Nie licząc niemożności przeczytania choćby jednego słowa na większą odległość niż 10cm i zlewaniu się odbitych literek we wspaniały kolorowy misz masz. Uroki słońca. Prędko więc zabrałam się z powrotem do mojej dziupli. I zamiast siedzieć, i po raz wtóry powtarzać.. zaraz, wybaczcie, znowu pieprze od rzeczy. Włączyłam laptopa, zorientowałam się "co w trawi piszczy", zobaczyłam prześmieszne podsumowanie bodaj wczorajszego wystąpienia J.J i mogę powiedzieć, że w dniu dzisiejszym mam dość internetów:D Postanowiłam napisać notkę kierowana niepohamowaną chęcią podzielenia się ze światem swoim wspaniałym nastrojem. Dzielę się.
Aż naszła mnie ochota złapać rower i pedałować jak oszalała przez góry, doliny, lasy, i pola, w upragnione zaciszne miejsca. Wspomnienia wakacji, miła rzecz. Cóż, jednak po przekalkulowaniu wszystkiego, przewałkowaniu przez różnej grubości wałki, doszłam do pokrętnego wniosku, że otóż nie jest to czas na takowe zabawy. Owszem, mogę sobie wieczorem pozwolić, jeśli bardzo ładnie będę sprawować się przez resztę dnia (czyt. przerobię wszystek materiał, który mam zaplanowany i wszystkie arkusze, jakie w tym planie się pojawiły). Miałam spotkać się dziś ze znajomą. No niestety, wyszło jak wyszło, czyli szydło z worka. Tak też podejrzewałam, że pewno nici z tego i kiszka. Jednak wciąż ma niesłabnąca nadzieja szeptała gdzieś przy uchu "może". Napisałam więc do niej z rana i wyglądało na to, że zupełnie zapomniała, że się ze mną umawiała... Życie. Piszę więc, nic się nie dzieje, bo tak szczerze, mam to po prostu w poważaniu, jeśli się z kimś nie spotkam zdecydowanie będę mieć jak spożytkować ten czas. Choć w sumie mój plan na ten tydzień powstał w oparciu o fakt, że jeden dzień muszę wykluczyć - bo planowałam spotkanie, chwilową wizytę w pracy, wycieczkę po galeriach i sklepikach przydrożnych w celu zakupienia sukienki na maturę. Jednak bardzo dobrze się złożyło, tym sposobem będę mogła szybciej ogarnąć anatomię i fizjologię, którą na ten tydzień zaplanowałam.
Rozmawiałam ostatnio przez skype'a z dobrą znajomą, która w styczniu wyjechała do Anglii. Stwierdzam, że niesamowite jak pewni ludzie potrafią na nas wpływać! Wystarczy chwila rozmowy, parę szczerych słów, śmianie się z byle pierdół. Taak, zdecydowanie jest to wielki życiowy plus - mieć kogoś takiego. I mimo tego, że miałam tego dnia potwornie wisielczy humor, a poprzedniego przynudzałam mamie o moich boleściach i rozstrojach emocjonalnych, już po chwili rozmowy z nią nastąpiła znaczna poprawa.
Co mogę jeszcze napisać?
Wspaniała pogoda! Wspominałam już?
Genialna muzyka w tle! Wspominałam, że kocham pozytywne piosenki, które aż dają kopa do działania?
Nie mogę się doczekać czwartku i piątku. Mam kilka maturek przerobionych i strasznie jestem ciekawa ich wyników, i wyników tych, które ostatnio dawałam korepetytorkom do sprawdzenia. Zawzięłam się strasznie i nie popuszczę!
See Ya!

piątek, 21 marca 2014

run.

"niektórzy ludzie
  nigdy nie tracą rozumu. 

  jakże prawdziwie okropne życie
  muszą prowadzić."

W sumie to nie mam jakiejś potrzeby, ani weny, ani czasu.
Powinnam siedzieć i zakuwać właśnie ewolucjonizm, tudzież powtarzać po raz n-ty zwierzątka. Ładnie sobie wszystko rozplanowałam, na korkach idzie w miarę, rozwiązałam sobie wczoraj arkusz z biologii OKE Poznań, w ciągu tygodnia przewiduję też chemię zrobić. Ostatnio zrobiłam maturę z Tutorem (chemia), mega porąbana stwierdzam, a jaki wynik się dowiem dopiero w piątek. Czyli kicha. Chemię też przewidziałam w pierwszym tygodniu kwietnia- ostatnia powtórka całego materiału. Później już dear God i arkusze arkusze arkuszeeeeeeeee jeee jee  je. A na końcu zostanie mi tylko modlitwa.
Dochodzę do wniosku, że to wolne było mi baardzo potrzebne. Niby dopiero (wow, właśnie przed chwilą się zorientowałam) trzeci tydzień w domu, wieczorami jestem mega zmęczona po całym dniu nauki, czasem nawet bardziej niż kiedy pracowałam i się uczyłam. Ale widzę, że gdybym nie wzięła urlopu byłoby mi potwornie ciężko nadgonić niektóre zaległości, które teraz nadganiam i no cóż, prawdę powiedziawszy przynajmniej 7-8h dziennie poświęcam na naukę. Raz mniej, raz więcej, w zależności od przewidzianej ilości materiału do powtórki, czy zadań do zrobienia. Nieraz siedzę sobie jeszcze o dziesiątej w nocy i robię zadania z chemii - typowo po to, żeby nie mieć pretensji, że tego nie robię, choć zupełnie spokojnie mogłabym je robić tylko w ciągu dnia. Plus sporo odpoczynku od fizycznej pracy sobie zagwarantowałam, dzięki czemu nie czuję się już jak murzynek Bambo, a jedynie jako osoba, która ćwiczy co nieco dla własnej przyjemności, a nie dźwiga ciężary i biega po 10h dziennie, bo ktoś ma takie 'widzi mi się'. Choć z drugiej strony murzynkowi płacono, marnie bo marnie, ale jednak. Wszystko ma dobre i złe strony.
Patrzę na datę i czuję przyspieszające tętno, z jednej strony jestem podekscytowana - pozytywnie- a z drugiej podenerwowana - co raczej pozytywnym odczuciem nazwać nie można. Staram się jednak tej drugiej strony nie dopuszczać do głosu, zagłuszać czym tylko się da. Cieszę się natomiast, że mam takich ludzi koło siebie, jacy gdzieś tam się kręcą i dopingują mnie, trzymają kciuki, wierzą, karzą się uczyć, i ograniczają wszelkiego rodzaju spotkania, cobym na maksa poświęciła się temu, na co tak długo czekałam, i co jest dla mnie takie ważne. Cenię to niesamowicie.
I tym miłym akcentem zakończę w ten przepiękny, słoneczny i wietrzny dzień.
Positive mind.

niedziela, 16 lutego 2014

jailer.


"Jaka obmierzła wydaje się cisza, jakie bezwartościowe drobiazgi na półkach, jak nudna, nieskończenie nudna praca. Jak wielka dopada nas marność i miałkość naszego istnienia, kiedy ktoś przez moment pokaże nam życie barwne, szalone, omami nas kolorami, połechce bliskością zmysłową, obieca talon na wszystko, czego nam brak, by... By zniknąć nagle, zostawiając nas na pastwę siebie."

Wymiękam.
Jest finisz, trzeba się spiąć i pokazać na co mnie stać. Dostałam urlop bezpłatny od 11 marca do 11 maja, także, później machnie się płatny urlop i prawie dwa i pół miesiąca na biologię i chemię. Nie wiem jak będzie z moją organizacją pracy, ale mam dziwne przeczucie, że to dobra decyzja, że jej nie pożałuję. Się okaże. Anatomia i fizjologia oficjalnie zakończona pięknie rozwiązanym testem całościowym.
Elektrochemia wciąż w powijakach.
Czuję, że tonę w swoich uczuciach. Ale dam radę, potrafię się odciąć od tego i choćbym miała bardzo cierpieć, poradzę sobie. Tylko dlaczego jest to tak cholernie trudne???!


niedziela, 2 lutego 2014

let her go.

"Defektem wszystkich ludzi jest to, że czekają, by zacząć żyć, stąd też nie mają odwagi, by żyć każdą chwilą. (...) Wszyscy uczymy się żyć dopiero wtedy, gdy nie mamy już na co czekać; kiedy zaś czekamy, niczego nie możemy się nauczyć, bo nie żyjemy w konkretnej, żywej teraźniejszości, ale w jakiejś mdłej, odległej przyszłości."


W przerwie, znad neuronów aferentnych i eferentnych, pomiędzy komórkami glejowymi, wśród przewężeń Ranviera, wzdłuż mostów, robaków i innych przecudnej urody terminów, pozdrawiam i ślem wielkie HAWK
Jestem, żyję, funkcjonuję, zacieszam. Tak, zacieszam, bo jestem sobą. Znowu, znowu mi się to udało i łzy do oczu napływają jak wiele radości te astrocyty i lemocyty dają,jak wiele radości daje zrozumienie samego siebie. Ostatnio wracając z panem P, powiedział coś, co bardzo mi utkwiło w głowie - choćbym nie wiem jak bardzo starał się cie zatrzymać, choćbyś to zrobiła, to ciągle byłoby w tobie, ta niesamowita chęć realizacji i w końcu gdzieś musiałaby ujść. Tak też ze mną jest, mam niesamowitą potrzebę samorealizacji, a osiąganie kolejnych sukcesów, poruszanie się naprzód, pokonywanie kolejnego szczebla drabiny kariery daje nieopisaną satysfakcję. Ja nie chcę mieć nudnego życia. Nie chcę, żeby skończyło się tak jak zwykle - ślub, bo jesteś z tą osobą trochę czasu, jakoś jest, no i dobra, pasuję się hajtnąć, masz beznadziejną pracę, która dobija cię każdego dnia, wyzysk totalny za marne parę groszy, których nigdy na nic nie starcza, nie starcza, więc ze swoim współmałżonkiem wciąż drzecie koty, bo nie macie na to, na tamto czy na siamto, w końcu przychodzi jedno dziecko, może drugie,jakoś wam starcza od 10 do 10, ale wciąż jesteście rozgoryczeni i to z was aż bucha, bije w drugiego człowieka i odbiera chęć do czegokolwiek. Nie chcę tak, może jestem marzycielką, nazwijcie mnie jak chcecie. Lubię dramatyzować, przedstawiam swoje życie jako jeden wielki melodramat, jestem przykładem heroizmu uosobionego, poświęcam swoje życie, bo pragnę pomagać innym, poświęcam je dla nich. Dla małych istotek, które może kiedyś będą mogły powiedzieć mi, że to dzięki mnie mogły posmakować czegoś wspaniałego - życia. Z jednej strony uważam to za poświęcenie życia, a z drugiej za sposób na nie. Za dobre wykorzystanie. Czy będzie dobre, się okaże. Może zostanę szczęśliwą dentystką, będę miała gromadkę dzieci, co niedziele będę piekła pyszne ciacha, ku uciesze owej gromadki i małżonka, będziemy podróżować, fotografować, tworzyć opasłe tomy wspomnień, żeby nie było zbyt sielankowo, muszą być jakieś dramaty (nie piszę jakie coby nie wywołać wilka z lasu). Generalnie, jakieś spełnienie będzie i w sumie, taki obraz jest dla mnie całkiem miły, zachęcający, motywujący. Życie pokaże tak naprawdę gdzie trafię za tych pół roku.
Chciałam pisać o swoich irytacjach, o genialnych radach, jakimi ludzie sypią na każdym kroku, ale w sumie, mam zbyt dobry humor na to i wracam do moich pomp sodowo-potasowych aww..
Podsumowując : jak na razie jest na tak, oby jak najdłużej.


piątek, 24 stycznia 2014

zaz.


'Kiedy zaczynasz mieć do czynienia z ludźmi, dobrze pamiętaj,
że nie masz do czynienia z istotami logicznymi, tylko emocjonalnymi'


W sumie to wiedziałam, że do tego dojdzie. Kiedyś musiało. Kiedyś musiały wypłynąć pytania, irytacja z niektórych spraw, kiedyś trzeba określić czego się chce i czego się wymaga od ludzi, których ma się w swoim otoczeniu. Miałam jednak nadzieję, że na ten moment jeszcze troszeczkę poczekam. A tu proszę. I wychodzi na to, że to ja się nie angażuję,że mi nie zależy, że ja tak na prawdę skreśliłam "nas" jako parę już na wstępie. Czy to prawda czy nie, zaczęłam się zastanawiać i doszłam do wniosku, że nie,nie skreśliłam. Po prostu płynęłam z prądem, z życiem, godząc się na to co mi w tym momencie przyniosło, a, że przyniosło mi kogoś wartościowego i wplątało w taką sytuację, to już druga strona medalu. Rozrysowałam sobie dzisiaj mapę myśli - zaczynam bardziej kierować się na stomę, nie wiem czy to przez okres kształcenia, że jest krótszy i pierwsza myśl to 'stoma UJ', następna 'lek UMP', później idziemy już w poszukiwanie perspektyw w innych miejscach świata, w innych zawodach 'psycho UJ',technologie czy inżynierie chemiczne na polubudzie, 'fizjo'. No i w sumie to fizjo mnie też dosyć przekonuje, ale to sytuacja jak z psychologią - z pracą może być ciężko, chociaż może po fizjo mogłoby być z tym choć ociupinkę lepiej. Dochodzi farma - i tu drogi dwie, choć lepsza wydaje się magisterska nie techniczna.Się okaże. No dobrze, drogę zawodową mam obraną, mapa myśli rozrysowana, pieczątką podbite, krwią podpisane. I przechodzimy do części trudniejszej - życie prywatne. Tu zaznaczyłam jedną strzałkę - On. Wczoraj zadał mi wiele pytań, na które nie potrafiłam odpowiedzieć - jak ja do nas podchodzę, czego od niego wymagam, jak chce żeby on się zachowywał, jak w moim wyobrażeniu to ma wyglądać, skoro ja chce więcej, to muszę dać i cokolwiek z siebie. Zapytał co ja poświęcam, co ja daję od siebie - i w tym momencie dotarło do mnie, że tak na prawdę to nie daję od siebie nic. Moje minimalne zaangażowanie jest wręcz żenujące, bo potrafię tylko narzekać jak to mam mało czasu (gdzie tak na prawdę mam go multum!), jak to strasznie mogłabym się uczyć, a spotkam się z nim na tą godzinkę czy dwie. Znów, z drugiej strony obawiam się, że moje zaangażowanie będzie jak w przypadku 'związku' z Tb, co nie skończyło się zbyt ciekawie. On nie wymaga ode mnie rezygnacji z leku czy stomy, nie, wymaga tylko odpowiedzi, deklaracji i udowodnienia, że warto się starać, warto w to iść na całego. A ja? Przez chwilę przeleciało mi nawet przez myśl czy nie dać sobie spokoju, nie odpuścić, bo to zbyt trudne, ciężkie. Ale później wyśmiałam samą siebie i doszłam do wniosku, że ja nie chce iść na lek czy stomę,nie chcę iść na studia, jeśli jego nie będzie obok mnie, nie chcę ruszyć do przodu w moim życiu, jeśli to on nie będzie szedł obok mnie. Bo to wszystko bez niego traci sens. Straciło na chwilę kiedy nagle postanowiłam ograniczyć kontakt i wtedy to dopiero było ciężko. Kiedy chociaż o nim pomyśle od razu się uśmiecham, a moje maleńkie zimne serduszko lekko się ociepla i przyspiesza. Gdy jesteśmy na jednej zmianie, bądź wiem, że on jeszcze przez chwilę będzie w pracy - mamy podwieszone lustra na suficie - ja cały czas wpatruję się w te lustra - często robię to już podświadomie, kiedy usłyszę trzask drzwi na zaplecze - i wypatruję jego postaci, czy on przypadkiem nie idzie, czy nie przemyka gdzieś, a kiedy go zobaczę, znowu serce prawie do gardła podskakuje, policzki płoną, nogi aż same chodzą. Czy to normalne? Czy jestem chora, obłąkana? Bo nigdy się tak nie czułam, a myśl, że jeśli właśnie tu i teraz czegoś nie zrobię to go stracę jest dla mnie czymś niepojętym. Czego ja mogę od niego wymagać, jakich zachowań? Czego mi jeszcze brakuję? W Tb wkurzało mnie wiele rzeczy, on się w ogóle nie angażował, natomiast pan P - kiedy tylko mamy możliwość choćby najdrobniejszą, stara się tak kombinować żebyśmy się spotkali, mimo tego, że są to późne godziny i jeśli jedziemy do niego, może to być dosyć nie wiem uciążliwe (?) dla jego mamy; zawsze mnie odwoził, przywoził, zawoził, zawsze jest kiedy go potrzebuję, jest dla mnie jakąś dziwną motywacją, sama jego obecność mnie motywuje do życia, do wstania rano i pójścia do pracy, na korki; on jest tym impulsem, który sprawia, że chce być lepsza, że chcę nad sobą pracować. Oprócz Tb nigdy w moim życiu na dłuższy czas nie było faceta. Nie wiem jak powinien wyglądać związek. Wiem, że moje wymagania - czyli tylko ja, wyjazd do Krk ze mną bądź też przyjeżdżanie kiedy tylko będzie możliwość, na chwilę obecną są tylko pobożnymi życzeniami. Nie wiem, żeby częściej wpadał do mnie na kawę, choćby na godzinkę? Wieczorami? Żeby spróbował się przekonać do moich rodziców, porozmawiać z nimi? Żeby znów tak jak na początku pisał do mnie wieczorami, kiedy się spotkamy, bo nie widział mnie jeden dzień i to jest straszne. Co ja daje od siebie? Na chwilę obecną, niewiele. Praktycznie, żyję w świecie wyobrażeń. Czas więc zejść na ziemię droga Maju. Określenie się nie jest niczym trudnym. Tak więc, podjęłam decyzję, nie rozmyślam już, nie dywaguję, nie rozpatruję. Postanowione, teraz trzeba się liczyć z konsekwencjami.
Wczoraj byłam na biologii, przyjemnie, fajnie, krwionośnie, odpornościowo i wydalniczo. W przyszłym tygodniu szkieletowo, mięśniowo i rozrodczo. Tak więc, czeka mnie przyjemny czas, biorąc pod uwagę, że mam tylko poniedziałek wolny, a tak to - wtorek zajęty, tak więc też odpada, weekend II zmiana w pracy, no i zostaje środa. W porządalu, zorganizuję to tak, że sama będę zdziwiona i jeszcze zdążę do wtorku przeczytać książkę. Właśnie, kupiłam książkę, tytuł "Głaskologia", pierwszych paręnaście stronnic mnie zaczarowało, dosłownie, nie wiem dlaczego, bo w sumie to takie trochę lanie wody, ale cóż, ciekawe lanie wody. I tak szczerze, jak ją zobaczyłam i troszku przejrzałam, pomyślałam, że stanie się prezentem dla pana P. Ale najpierw muszę ją przeczytać, wtedy będę wiedziała, czy i jemu się spodoba. Tak więc pobożne życzenia są, ostre plany też, teraz pozostaje tylko realizacja.
Dziś skończyłam termochemię i rozpoczęłam pięknie z elektrochemią - początki przecudne,wow wow, zadanka takie proste,wow wow, liczenie takie zajmujące, wow wow, Maja taka radosna. Aż kurde natrafiło się jedno zadanie i muszę je jeszcze raz przeanalizować, bo na bank jest banalne, a cóż, razem z korepetytorką głowiłyśmy się nad nim chyba z pół godziny..Tak więc, moje rozkminy muszą się ustatkować. Bo szczerze powiedziawszy, mam troszkę dosyć zastanawiania się nad wszystkim, rozmyślania, szukania rozwiązań, robię co postanowiłam, biorę na swoje barki całą odpowiedzialność za to i płynę, inaczej niż wcześniej, spokojniej, bardziej poukładanie. Będzie dobrze, ja to wiem. Tylko cóż, dziś moja korepetytorka od chemii - już jako druga osoba w przeciągu kilku dni (nie wiem, czy to tak po mnie widać, czy w moich oczach jakieś kiczowate serduszka się mienią, czy co)- można powiedzieć, że przestrzegła mnie, że nie warto zbyt szybko angażować się w poważne związki. Bo zwraca się wtedy uwagę na tę drugą osobę, a nie na samego siebie, ogranicza się mimowolnie. Coś w tym jest. Zostawiam was z moją najnowszą miłości i Au Revoir!

czwartek, 9 stycznia 2014

future days.

'Ludzkie życie składa się z wyborów… Tak lub nie, w przód w tył, w górę w dół. Są wybory, które mają znaczenie. Kochać czy nienawidzić? Być bohaterem czy tchórzem? Walczyć czy poddać się? Żyć… czy umierać?'



W tle dźwięki gitary akustycznej rytmicznie wygrywają rytmy, melodyjny głos Norah Jones (pytanie czy imię Norah się odmienia??), tak wiele myślałam, tak wiele miałam zamiar napisać, prowadziłam monologi, w których radziłam, przestrzegałam, upominałam. Co z tego pozostało? Jedno wielkie nic. Pustka. Zastanawiam się dlaczego ludzie tak doskonale potrafią utrudniać sobie życie. A ja to chyba wyjątkowo, komplikacja to moje drugie imię! Chce z nim porozmawiać, wyjaśnić co się stało, co się dzieje. Kompletnie nie pamiętam co mu powiedziałam, jedyna rzecz która mi się w głowie zapisała to, że jesteśmy na innych etapach życia. Przedwczoraj przyszłam do pracy i usłyszałam, że On się rozchorował i nie będzie go przez najbliższe dwa dni w pracy. Dziwnym zbiegiem okoliczności, ja również się leczę, bo jakieś podłe choróbsko mnie dopadło. I tak roześmiałam się pod nosem, bo przypomniałam sobie jak kombinowaliśmy, żeby razem pójść na l4 w styczniu i spędzić trochę więcej czasu razem. Wiadomka, brzmi jak marzenie ściętej głowy i tak też wyszło. Nie zmienia to faktu, że od tych dwóch dni tak potwornie mnie korciło, żeby napisać do niego, ale powstrzymywałam się, przekonywałam, że on odpuścił i ja powinnam. Wczoraj oglądając kolejny odcinek Grey'sów - dlaczego one tak dziwnie na mnie działają?! - napisałam. Dla uspokojenia samej siebie, z pełną świadomością, że on może nie odpisać, że z jego strony to może być tylko symulacja, a właśnie teraz spędza upojne chwile z hmm jego dziewczyną. Jakież życie jest potworne. Najpierw stawia nas w danej sytuacji jako potencjalne ofiary, rani, pokazuję tę stronę medalu, by następnie namieszać i odwrócić wszystko o 180st., i postawić nas na miejscu sprawcy. Tak wiele zaczynamy rozumieć, tak bardzo zmienia się nasze postrzeganie niektórych spraw. Rok 2013 był dla mnie rokiem chaosu. Tak, to dobre podsumowanie - chaos. W myślach, w życiu, w marzeniach. Wszędzie. Ale zaczynam powoli się układać. Potrzebuję rozwiązania dziwnej sytuacji z nim, nie wiem dlaczego, przecież równie dobrze mogłabym zostawić to na takim etapie na jakim jest. Tym bardziej, że wczoraj odpowiedział dosyć smutnym tekstem, że kiedy wracaliśmy z jednej imprezy nie brzmiałam jakby był on jakąkolwiek dodatnią wartością w moim życiu. Dopiero teraz do mnie dotarło. On chciał o tym porozmawiać kilkakrotnie, a ja postawiłam sprawy jasno, bez tłumaczenia. A teraz ten dziwny rodzaj smutku mnie dopadł. Po co w ogóle angażowałam się w coś takiego? Teraz chcę to chociaż wyjaśnić. Brakuje mi rozmów z nim, czasu z nim spędzanego, jego uśmiechu, śmiechu, zapachu, naszych wspólnych nocnych spacerów po mieście, origami w barze sushi, brakuje mi jego fałszu, kiedy w radiu leciał jeden z jego hitów, przytulenia, spontanicznych wypadów na ciastko i kawę, kupowania dziwnych rzeczy nie wiadomo po co, próbowania różnych rodzajów deserów i porównywania któremu z nas udało się wybrać lepszy, brakuję rozmów o muzyce i wspólnego delektowania się wspaniałymi melodiami, wymiany opinii o dobrej kinematografii, brakuję kogoś, kto tak wytrwale słuchał moich medycznych ciekawostek, naszych niekiedy durnych rozważań. Brakuje. I cóż z tego?
Biologia leci do przodu. W przyszłym tygodniu już anatomia i fizjologia człowieka. Niesamowite uczucie spokoju mnie przepełnia. Dam radę.
Kinetyka chemiczna z chemii w trakcie, entalpie i entropie zrobione. Przede mną procesy równowagowe. Jest dobrze, jest dobrze, dobrze jeeest.
Smile:)


 

niedziela, 29 września 2013

celebration.

'Robią zdjęcia alpinistom z samego szczytu góry. Uśmiechają się pełni zachwytu triumfujący. Nie robią zdjęć po drodze, ponieważ kto chce pamiętać resztę? Popychamy się do przodu, ponieważ musimy, a nie dlatego, że to lubimy. Niepowstrzymana wspinaczka, ból i udręka wkraczania na następny poziom – nikt nie robi temu zdjęć. Nikt nie chce pamiętać. Chcemy pamiętać jedynie widok ze szczytu. Ten zapierający dech w piersiach moment na skraju świata. Po to się wciąż wspinamy. To jest warte bólu. I to właśnie ta szalona część.'

Świat jest dziwny. Ludzie są dziwni. A może to ja po prostu taka jestem? Tym filozoficznym stwierdzeniem postanowiłam rozpocząć dzisiejszy, w sumie nieco poirytowany post. Zastanawia mnie dlaczego właśnie wtedy, kiedy mam najmniej czasu i ochoty, nagle nie wiadomo ilu osobom zachciewa się zapoznawania. Jest to tak żmudny i czasochłonny proces, dodatkowo nie ma się nigdy pewności czy zakończy się sukcesem. Szczerze, na chwilę obecną to ostatnia rzecz której chce. Jestem emocjonalnie pusta. Stałam się taka względem płci przeciwnej i ograniczam się jedynie do zwykłej kultury osobistej, nie raz nie dwa odbieranej jako 'coś więcej', a w innych przypadkach jako gruboskórność, i brak uczuć. A ja po prostu nie mam siły znowu angażować się. Nie jestem na to gotowa i wcale ale to w ogóle nie mam zamiaru się przekonywać. Nie i koniec kropka. Przez to jestem ciut poirytowana, bo nie mam ochoty prowadzić dennych konwersacji z co poniektórymi osobami, ale jestem zbyt kulturalna żeby prosto z mostu walnąć "sorry memory, noł łej, nie masz szans, więc daj sobie spokój". Z innymi natomiast z wielką chęcią konwersacje prowadzę, choć często i na owe chęci nie mam. Co jest przyczyną? Prosta sprawa - po dosyć długiej konfrontacji z Tb zniechęciłam się. Z drugiej strony, wiem po prostu jak nie chcę żeby było, więc pewne typy od razu skreślam - tak wiem, może być to zgubne, bo nie powinno się sądzić po pozorach czy po pierwszym wrażeniu, ale cóż ja na to poradzę, że mam tak silną intuicję, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła (i oby jak najdłużej)? Dziwne jest to, że kiedy byłam na pamiętnym sylwestrze, wychodząc z jednego z pokoi stanęłam twarzą w twarz z Tb i wtedy wiedziałam - ten człowiek stanie się dla mnie ważny i wprowadzi znaczące zmiany w moim życiu. Bang bang! Niespodzianka- tak właśnie się stało. A może po prostu sobie wmówiłam, że tak będzie i nieco podświadomie dążyłam do spełnienia przeczucia? Kto to wie. Nieważne.
Jest stabilnie. Skojarzył mi się dosyć znany tekst, który poprzedza te dwa słowa, ale go tu nie użyję. Prawdę powiedziawszy, czuję się na prawdę dobrze. Znów chętnie się uczę, równie chętnie jeżdżę na korepetycje z biologii. Tak na marginesie- jest za*ebiście (na chwilę obecną). Nareszcie czuję, że mój potencjał jest w pełni wykorzystywany. Przez te półtorej godziny intensywnego wysiłku umysłowego jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. I to jest to. Po piątkowych zajęciach wróciłam do domu tak rozemocjonowania, że dosłownie skakałam ze szczęścia. Korepetytorka stwierdziła, że bardzo jej się podoba mój sposób myślenia. Zadziałało to jak słowne obsypanie złotem. Bum.. Enjoy. So happy.
Jeszcze trzeba chemię ogarnąć. I przetrwać do wypłaty. Wygląda na to, że skończyło się życie wędrowca, przechodzę z koczowniczego trybu życia do osiadłego. Finally! Spokojnie robię notatki, nadrabiam zaległości w Grey's Anatomy. Czytam książki. Delektuję się każdą chwilą, która pozwala mi się samodoskonalić. Trochę jak taka joga, tylko bez jogi. Po prostu, harmonia. Jutro czeka mnie wyprawa - odbiorę wyniki badań krwi, zobaczymy czy mam jakąś anemię, czy może jednak nie (taki nieśmieszny żarcik:p), poza tym odwiedzę szkołę, nie wiem czy muszę składać deklarację teraz czy wystarczy w lutym, a tak to się przekonam. Wybiorę się również do biblioteki, bo zamówiłam sobie zadanka Persony z biologii i chemii i vademecum Operonu. Nie ważne, że mam już tyle książek, że już nie mam gdzie tego składować. Nie ważne, że mam Pyłkę-Gutowską, gdzie jest świetnie wszystko wytłumaczone. Jednak, pewne drobiazgi z Operonu są mi potrzebne właśnie teraz, a nie chcę niczego pominąć. Nie tym razem. Nie dam się tak łatwo i będę walczyć do końca. Jest wrzesień. 29. Uch, właśnie sobie skojarzyłam, że jutro moje urodziny... Dziewiętnaste. Ostatnie naste urodziny w życiu. Trzeba to jakoś uczcić. Jak?
Chce dotrzeć na szczyt i dotknąć chmur.


niedziela, 7 kwietnia 2013

holes.


"Dopiero późną nocą przy szczelnie zasłoniętych oknach gryziemy z bólu ręce, umieramy z miłości."
Małgorzata Hillar

Witam Was na miesiąc przed maturą. Tak, dokładnie miesiąc. Witam więc z Passengerem w tle i po raz setny powtarzanymi zwierzętami. Mięczaki wychodzą mi już bokiem. Wczorajszy dzień cały spędziłam nad roślinkami. Mitoza i mejoza nie wiem który już raz z kolei, ale uznaję za ogarnięte. Wczoraj przeglądałam sobie próbną maturę z tego roku ze stycznia. Stwierdzam, że lekka masakra, ale w sumie, zadania ciekawe, wymagające wysilenia szarych komóreczek i spięcia pośladków. Się przejęłam niezwykle, gdyż wpadłam na sekund parę na bloga, co by naskrobać kilka słówek, a później plan jest skończyć zwierzątka i ogarnąć maturkę z chemii, i może uda mi się cokolwiek ekologii powtórzyć. Jeszcze pasuję kościół odwiedzić. Wkurzona jestem lekko, gdyż ukochane nauczycielki z niezwykle istotnych przedmiotów (czyt. WOS i PP) życia ułatwić raczej nie chcą, a wręcz robią wszystko, żebym miała na świadectwie ukończenia szkoły średniej piękne 2. Ech.. niestety, dałam sobie spokój, kiedy to straciłam jeden weekend ucząc się na poprawę z WOSu, a nie pozwolono mi poprawiać. Tak więc, olewam, skupiam się na biologii, chemii, matmie, muszę choć trochę ogarnąć jeszcze polskiego i angielskiego, bo teraz zaczęło mnie kuć w dołku, jak wiele jeszcze nie umiem. Fakt, tak to jest, im bliżej, tym bardziej stres narasta i chcąc nie chcąc, myśli się, czego się nie pamięta, nie umie, czego nie powtórzyło. Czas goni, doba się wcale nie wydłuża. Teraz mam jeszcze weekendy całkowicie na naukę, gdyż mój kochany Tb wyjechał w delegacji do Lublina. Taa.. akurat wróci mi zaraz przed maturą. Każdy kto się o tym dowiaduje mówi: o, to nawet dobrze się złożyło, będziesz siedzieć i uczyć się do matury. Wkurza mnie takie gadanie. W sumie, właśnie tak robię, od rana do wieczora siedzę i się uczę. W ten sposób nie myślę, a kiedy zaczynam o nim myśleć łapię tablice matematyczne i arkusz, albo vademecum do biologii czy chemii. Pomaga. Nie zadręczam się. Tylko wieczorami, kiedy wiem, że ma zadzwonić i zbliża się czas kiedy usłyszę jego głos, wtedy odczuwam niesamowitą tęsknotę. Powiedzcie mi proszę jak można tak kogoś pokochać. Kiedy pytam o to D śmieję się ze mnie i mówi, że można, i,że ja właśnie to zrobiłam, więc powinnam najlepiej znać odpowiedź. Dobra, nie przynudzam już, wracam do mięczaków, dużo do zrobienia, mało czasu. Passenger uspokaja. Miłego :)


środa, 20 marca 2013

bohemian rhapsody.

“Nie znajdę szczęścia nigdzie na świecie, jeśli nie znajdę go najpierw wewnątrz siebie"

Tak dawno nie pisałam. Wiem, zaniedbałam bloga, siebie, swoje myśli i własne szczęście. Wiem, że skupiam się na pierdołach i strasznie mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest wiedzieć, czego się chce, doskonale to wiedzieć, znać siebie na wylot i mieć już jakiś ogląd na własne życie.. i nagle napotkać coś w swoim życiu, co przypomina o tęsknotach, leżących gdzieś głęboko na dnie naszej duszy, dawno zapomnianych rzeczach, o których ani nawet w najśmielszych snach się nie śniło, bo wydawały się być zbyt nierealne? Jak to jest zbudować siebie na nowo i w ciągu bardzo krótkiego okresu czasu z powrotem się zagubić? Wpadać w błędne koło ilekroć tylko wydaje się, że udało się od niego uwolnić? Pewnie stwierdzicie, takie życie, zbyt krótko chodzisz po tej ziemi, żeby zrozumieć, że tak to wygląda. Otóż, wiem, że takie życie, ale boli mnie to. Boli mnie to, że popadam ze skrajności w skrajność i kiedy się już w coś angażuję, to robię to na maksa, albo wcale. Z jednej strony to dobrze, bo przynajmniej potrafię zrobić to, czego pragnę, praktycznie perfekcyjne, jeśli tylko chcę, jeśli się autentycznie zaangażuję. Gorzej, kiedy w moim życiu pojawia się coś, na czym równie mocno zaczyna mi zależeć. I nie wiedzieć czemu, pojawia się konflikt interesów. Powinno to być moim motorem motywacyjnych, czymś dzięki czemu wszystko idzie pewniej, szybciej, lepiej i ogólnie, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Więc, jestem. Jestem szczęśliwa. Mam pozytywne nastawienie,powoli zaczynam uświadamiać sobie bardzo oczywiste sprawy i chyba taka choroba była mi potrzebna. Aaa, nie wspomniałam, zapalenie krtani wita, kłania się Państwu ze swym przyjacielem katarem i na szczęście zbitą już gorączką. To tak abstrahując od tematu, a już do niego wracając, w pewnym momencie, w tym maturalnym biegu, zmęczyłam się strasznie Byłam już w takim dołku, zero motywacji, zero chęci, ciągłe przemęczenie, przychodziłam ze szkoły o godzinie 12 i potrafiłam spać do 19, później zerknąć coś niby do książek i z powrotem spać. Zaczęłam przez to zastanawiać się jaki to wszystko ma sens. Ta męczarnia, starania, próby, nauka dzień po dniu, od rana do wieczora, zaniedbywanie rodziny, przyjaciół, samego siebie. Nie ma go. Dlatego moim pierwszym krokiem, który postawiłam ku lepszemu podejściu, było odpuszczenie. Tak, odpuściłam. Nie, nie odpuściłam medycyny. Tak ,wciąż marzę o tych studiach, wciąż nie widzę siebie gdzie indziej. I wielce prawdopodobne, że jeśli - daj Boże- się dostanę, to stwierdzę, że się myliłam, ale chce się o tym przekonać. Przez chorobę i nadmierną ilość czasu na rozmyślania, przez dużą ilość snu i flegmę zalegającą w gardle - wybaczcie ten szczegół, mam nadzieję, że Was to nie obrzydza- tak jakoś ogarnęłam się. Próbowałam już dawno temu, jakieś dwa miesiące mi to zajęło i w sumie, cieszę się, że zrobiłam to teraz, a nie za kolejnych dwa miesiące, kiedy obudziłabym się z ręką w nocniku, że matura, że tego tamtego siamtego nie umiem, tego nie przerobiłam, i prezentacja, i ustny angielski, i masa innych pierdół by się namnożyła w jednym momencie. A tak, wystarczy Queen i Iron Maiden w tle, i człowiekowi od razu się polepsza. Przynajmniej mnie to nastraja i jakąś taką pozytywną energię daje. I teraz właśnie kończę przynudzanie.
Aaa, jakby tak Was interesowało moje przygotowanie do matury, w punktach Wam to skrócę:
1.Biologia - w szkole, masakra; na korkach i w domu - całkiem nieźle, choć jeszcze są braki. Wiem czego nie wiem i próbuję nad tym pracować. Aktualnie po raz drugi powtórzyłam fizjologię i anatomię ludzia, a trzeba jeszcze polecieć w kulki raz jeszcze z genetyką.
2.Chemia- w szkole, to samo co z biologią, na korkach i w domu - kiepsko i poziom niesatysfakcjonujący, ale spinam pośladki, karcę siebie bardzo za każdy błąd, staram mieć pozytywne nastawienie, bo wierzę, że to połowa sukcesu. Kurde, muszę te białka i cukry wreszcie dokończyć, bo będzie dramat. Uff..
3.Matematyka- w szkole - progres, poziom zadowalający jak na tą nauczycielkę; na korkach i w domu - wiem, że stać mnie na więcej, dlatego nie psioczę już, nie lamentuję i nie użalam się nad sobą, tylko biorę w garść swoje szare komóreczki i zmuszam je do koncentracji.
4.Angielski - w szkole - yyy, może pozostawię w ogóle bez komentarza. Liczę chyba na łut szczęścia, bo tyle co się przygotowuję do sprawdzianów powtórkowych, coś ogarniam słówka. Pasowałoby czasy tak znośne przerobić jeszcze. Cóż, wszystko przede mną.
5.Polski - no i najlepsze zostawiłam na koniec. Taka wisienka na torcie. Kocham to o prostu, kocham. I pomyśleć, że marzyłam o humanie, pchałam się na humana, wręcz łokciami się rozpychałam, żeby się tam dostać. A teraz? Nie dość, że totalnie olewam, to jeszcze moja polonistka całkiem zmieniła mi literaturę przedmiotu, a jak jej gotową już skończoną pracę wysłałam, to paczę, ona mi odesłała i czytam czytam i kur*... wybaczcie, ale mnie zatkało. Zupełnie co innego. Inna praca. Inne spojrzenie na temat. Normalnie, nie wiem jak się zachować. Znaczy, moje pierwsze posunięcie to był mail do Cioteczki, która mi pomaga, także, liczę, że razem z nią to jakoś ogarnę. Ech..

Asierozpisałam. Dobra, koniec, nie piszę nic więcej, zmykam do jakiejś pracy koncepcyjnej, bo czasu multum, a pasowałoby móc powiedzieć samej sobie dziś wieczorem - tak, udało mi się, zrobiłam dokładnie to co chciałam, spędziłam ten dzień produktywnie. 

niedziela, 3 marca 2013

chroniczny ludkus smutkus i biologio maturo przerażonus.

To tak adekwatnie do mojej obecnej sytuacji - he+chemistry

'Ze smutkiem trzeba tak walczyć, jak z chorobą. Nie dopuścić, żeby się stała chronicznym stanem, nałogiem myśli i uczuć. Trzeba mu przeciwstawić cele i dążenia, które pozostały żywe, trzeba przeciwstawić obowiązek względem ludzi- ludzi bliskich i Tobie oddanych. 

Rozumiesz? 
Jest w Tobie więcej sił, niż Ci się teraz zdaje.'



Nawet nie zauważyłam kiedy ten miesiąc minął. Autentycznie, zniknął, przepadł, zatopił się gdzieś głęboko w moim umyśle, zacierając ślady swojego istnienia. Nasuwa się pewnie pytanie, skąd taki stan rzeczy? Otóż, jak pewnie każdy zauważył, maj zbliża się nieubłaganie, a czas -ku przestrodze- wcale nie rozciąga się na moje potrzeby i jakoś nie chce dać 48h zamiast 24. Masz ci los! Tygodnie mijają szybciutko, wręcz jak za dotknięciem magicznej różdżki szacownego czarodzieja- przez wszystkich zapewne doskonale znanego- a u mnie wymienionego jako HP. Najwidoczniej pan HP bardzo dobrze się bawi, bo nakręca kołowrotek i wcale nie chce go zwolnić, powodując tym skracanie się czasu, pięknie narastającą ilość pracy, i coraz więcej niemiłosiernie bolesnych skurczy w rękach. A ja, jakby się wydawać wszystkim winno, że im bliżej dnia Sądu Ostatecznego (czyt.maturka), tym bardziej powinnam siedzieć i zakuwać ostro biologię oraz zgłębiać tajniki chemicznych reakcji, ja hmm, po dłuższym zastanowieniu, robię to. W nieco inny sposób niżby ktokolwiek podejrzewał, bo praktyka się tu chyba nie liczy -_- Genetyka bliska ukończenia. Boję się trochę, tak szczerze powiedziawszy. Ostatnio zamieniłam kilka słów z Rodzicami i niestety okazało się, że Magiczne Źródełko powoli wysycha, Cudowne Drzewko marnieje i ogólnie Wszelka Nadzieja umiera. I tak umarła i moja nadzieja. Właściwie, nie myślę o tym. Czemu znowu się boję? Gdyż wygląda na to, że biologię praktycznie rzecz biorąc powtarzam sama i powtarzać będę. Nie wrócę na korki i nie będę tam robić maturek. Będę musiała polegać na sobie, swojej systematyczności i pracowitości, swojej ambicji i marzeniach. I kur*a błagam, żeby to źródełko nigdy nie wyschło, bo wtedy to już załamię się doszczętnie! Ale mam też swoje Maleńkie (haha, w tym wypadku to oksymoron,bo prawie 2m to już nie tak malutko) Szczęście i choć widujemy się rzadko, i choć nierzadko bywały różne trudności, gdy tak wczoraj spędziliśmy ze sobą przepiękną, i przesłoneczną sobotę, uświadomiłam sobie, że chyba z każdym dniem -paradoksalnie- kocham go bardziej. I tak, wybrałam sobie wspaniały moment na miłości - matura, studia, prawdopodobnie zmiana miejsca zamieszkania i kompletny chaos w moim życiu. Bach, spadło na mnie jak grom z jasnego nieba i się odczepić nie chce - Dzięki Bogu! ;) Szczerze, dzięki niemu jakoś się trzymam. Jestem napompowana pozytywną energią. Poza tym, przestałam planować. Przynajmniej na dłuższą metę. Bo to bezsensu, prawda jest taka, że nigdy nie wiemy co przyniesie jutro i jednego dnia możemy być najbardziej samotnymi, i nieszczęśliwymi ludźmi na ziemi, a już następnego jakaś iskierka zapali się i w naszym życiowym kominku. Fakt faktem, że zwykle dzieje się to w prawdopodobnie najmniej odpowiednim momencie, ale w rzeczywistości, jeśli to szczęście przetrzyma próbę, znaczy, że było warte wplątania w całą "zabawę". Nie wiem jak będzie w tym przypadku. Nie wiem co będzie jutro, a co dopiero za miesiąc, dwa, czy pół roku. I szczerze, mam gdzieś myślenie o tym. Ważne co tu i teraz. Ważny Bio-Witowski i Chem-Witowski kuszący maleńkimi literkami i schemacikami. Ważna rozmowa z A. Ważne znalezienie czasu na spotkanie z Tb. Ważne, żeby to jakoś wszystko na spokojne ogarnąć, a wtedy, z Bożą pomocą, wszystko się powiedzie.
Szczerze, mocno w to wierzę. Wiara ponoć czynie cuda.

                                         Boże, ześlij pieniążek, bo Farben w Krk niebawem :)


piątek, 4 stycznia 2013

i won't do that.

'Czułem się jak pływak na pełnym morzu, było wspa­niale, póki poz­wa­lałem nieść się słowom, ale kiedy próbo­wałem zgłębić ich znacznie, na­tychmiast tonąłem. '





Tyle czasu powstrzymywałam się od napisania tej notki. Wmawiałam sobie, że nie mogę, że nie chcę, że dam sobie radę z tym wszystkim bez spisywania myśli. Nie udało się. Może jednak nie jestem aż tak silna.
Przenieśmy się więc w czasie kilka dni wstecz. Sylwester. Spędzam go na domówce u Tb - mojego partnera na studniówkę. Wszyscy są przekonani, że jestem u D - pamiętacie D, wspominałam o niej już wcześniej; jedyna osoba, która jeszcze ze mną wytrzymuje- i początkowo byłam, to fakt. A nawet nie bardzo chciało nam się gdziekolwiek iść. Mimo to poszłyśmy. Czy żałuję? Hm.. To tak jakby zapytać oswobodzonego człowieka, będącego wcześniej długie lata w niewoli, czy żałuję, że odzyskał wolność. Dobrze się bawiłam. Poznałam na prawdę świetnych ludzi, a nawet dziewczynę, która jest na farmacji na ŚUM-ie i ma zamiar startować w tym roku na medycynę. Dogadałyśmy się, to fakt. W sumie, to myślałam, że ja dużo mówię. Jeśli ja dużo mówię, to dla niej nie ma skali, w której można by to z wymiarować. Dowiedziałam się tego wieczora np., że świetnie tańczę i byłam zszokowana, bo wszyscy faceci, którzy tam byli chcieli ze mną tańczyć. I takie drobne pytanie - po części do siebie raczej - czy ja na serio tak dobrze tańczę? Mniejsza o to. Na moje nieszczęście przez większość czasu kiedy tylko usiadłam "zabawiał" mnie Uo. Strasznie męczący człowiek. Podchmielony i to porządnie. Ale słuchałam go i rozmawiałam z nim. Dlaczego? Wydawał mi się być strasznie nieszczęśliwy. Jakby faktycznie wszystkie smutki topił w kieliszku. Co doprowadziło mnie do totalnego stanu zdziwienia, Tb ciągle patrzył na nas z zazdrością - i nie, nie wymyśliłam sobie tego - wkurzał się na Uo i nie krył wcale tego, mówił na głos co o tym myśli. Pomińmy wszystkie dziwności, jak np. opowieść o wygranej czajnika w zawodach pływackich przez jednego z poznanych tego wieczora kolesi, kota-giganta, któremu niewiele brakowało, a nie mógłby się ruszać i potrzebowałby deskorolki, co by mógł się na niej poruszać, czy chomika po przejściach, który przeżył już pierwszego kaca w swoim życiu (biedaczek). I przechodzimy do sedna. Później wszystko działo się tak szybko. Nie doszło do niczego wielkiego, nie myślcie sobie o nie wiadomo czym. Ale... Byłam szczęśliwa i chciałam zatrzymać czas, i zostać tam, wtulona w Tb, słuchając jego głosu szepczącego coś do siedzących obok nas D i J (J-kumpel D). Czemu czas nie stanął? Następnego dnia po południu musiałam wrócić do nudnej rzeczywistości. Rano, kiedy ogarnęłyśmy się z D wróciłyśmy do Tb, z myślą o pomocy mu w ogarnięciu mieszkania przed powrotem rodziców. Zostałyśmy zaproszone, więc skorzystałyśmy. No i tym sposobem pobyłyśmy sobie na after party. Uo znowu próbował się do mnie przystawiać, ale na szczęście wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że niestety, może sobie pomarzyć. Jak podsumował to Tb kiedy po raz setny mówił Uo co o nim myśli i tym jak się zachowuje ? "No co? Muszę teraz chronić swoją kobietę". Troszeczkę zastanawiające, co? Albo właśnie bardzo oczywiste. W sumie, nie rozbieram już włosa na czworo, bo nie ma sensu. Było fajnie, dobrze się bawiłam i mam nadzieję, że przeżyję jeszcze kiedyś takie coś. A co ma być to będzie.
Ogólnie, ciągle krąży za mną to cholerne choróbsko. Nie mogę się za Chiny Ludowe wyleczyć raz a porządnie! Rozmyślam nad zrezygnowaniem z korków z biologii. Widzę i wiem, że Rodzicom i tak jest bardzo ciężko z kasą, także, chciałabym zaoszczędzić im niepotrzebnych wydatków. Tylko czy podołam sama z tym wszystkim? Czy będę miała na tyle motywacji? Bo z nią coraz ciężej. Jak wcześniej była wielka, niesamowita, dodająca skrzydeł, teraz, ledwie tli się gdzieś tam pomiędzy neuronami. Próbuję, przekonuję się, że będzie dobrze, bo być musi, ale coraz częściej myślę, że chciałabym dostać się na cokolwiek i coraz bardziej luzacko podchodzę do medycyny. Moje marzenie powoli się sypie. Obym miała na tyle sił, by mu sprostać do końca, raz a porządnie. No nic, 23:23 właśnie mija powolutku, a ja próbuję wmówić sobie, że gula w gardle wcale nie jest jakimś stanem zapalnym i, że jest wszystko w porządku. Trzeba iść spać. Wyspać się i może jutro uda się coś zdziałać. Trzymajcie kciuki;)



wtorek, 25 grudnia 2012

everything.

'What would you try if you had no fear?'

Siedzę tak sobie. Słucham Layli Claptona, rozwiązuję testy z biologii i przeglądam tumblra. Trochę dużo na raz, ale jakoś udaje mi się to pogodzić i nawet sprawnie wszystko idzie. Z jednej strony relaksuje się przy ukochanej nutce, z drugiej oczy nacieszam genialnymi zdjęciami, no i łączę to z pożytecznym - biologią. Ogólnie, jestem osobą bardzo podatną na inspiracje - jeśli można tak powiedzieć. Otóż, kiedy zobaczę coś niesamowitego, coś, czego częścią chciałabym być i co chciałabym przeżywać, nachodzą mnie melancholijne myśli. W sumie, zwykle przychodzi uśmiech i stwierdzenie, że kiedyś tak się stanie. Wczoraj była Wigilia. Postanowiłam sobie, że będzie jedną z tych niezapomnianych, wspaniałych i rodzinnych. Udało mi się. Życzenia płynęły prosto z serca, a i łez szczęścia nie zabrakło. Najbardziej spodobały mi się te złożone przez Mamę : żebym spełniła wszystkie swoje marzenia bez wyjątku, żebym nie bała się ich spełniać i żebym kiedyś zrobiła wszystkie te rzeczy, o których ciągle mówię, że chciałabym zrobić. Jednym słowem, poczułam, że mogę wszystko. Jakbym nagle dostała jakiegoś olśnienia, a klapki, dotychczas przysłaniające moje oczy, opadły, trafione piorunem wszechmocy. Ach... To tak cudne uczucie, bo życie przede mną długie i wiele jeszcze do zobaczenia, przeżycia, zrobienia (miejmy nadzieję, rzecz jasna). I nawet spróbowałam wszystkich potraw. A rozmowy przy stole trwały w najlepsze, w świetnej atmosferze, że aż miło się na sercu robiło. Później przyszła pora na prezenty, a że Mikołaj zwykle przybiera moją postać, rozdałam wszystkie paczuszki. Przy okazji narobiłam masę zdjęć, choć większość z nich to próba zrobienia ładnego portretu mojej siostrze A. Jak nie trudno się domyśleć, prób nie było końca i większość zaliczam raczej do średnio udanych. Ogólnie, wszyscy uśmialiśmy się po pachy podczas oglądania coraz to bardziej wymyślnych min robionych przez A. Jednym słowem, tegoroczną Wigilię uważam za udaną!
Dziś już Pierwszy Dzień Świąt. Po południu odwiedziliśmy Dziadka od strony Taty i tam spędziliśmy trochę czasu z nim, wujkami, ciociami i moim kuzynostwem. Spróbowałam wina własnej roboty i szczerze, miałam ochotę smakować go jeszcze, ale nie chciałam wyjść przed Rodzicami na alkoholiczkę, w końcu oni ciągle myślą, że praktycznie nie piję. Obejrzałam prezenty jakie dostało kuzynostwo, które nie omieszkało opowiedzieć mi wszystkich możliwych niestworzonych historii. No ale cóż, w końcu mają po 5 lat;)
Jeszcze w tym tygodniu mam zamiar wreszcie zacząć powtarzać fizjologię i anatomię człowieka. A może nawet całkiem niedługo przyjdzie czas na - według mnie - jedną z przyjemniejszych części materiału, czyli genetykę. Oł jee!xD
Sylwester zbliża się wieeeelkimi krokami. Pomysł jest, zaproszenie w sumie też, chęci również, ale sączenie Porto Cruz w rodzinnym gronie i tradycyjne "Pretty Woman" również kusi. Jednak, chyba skuszę się na opcję numer jeden;)

Hm.. jedno z moich większych marzeń - znaleźć się tam gdzie ci ludzie.
A takie nierealne - skoczyć z tego wodospadu^^ 
                              

piątek, 16 listopada 2012

Na pożegnanie tygodnia.

'Z cho­robą jest tak jak ze śmier­cią. Jest fak­tem. Nie jest żadną karą.'

Weekend. Dzięki Bogu! Zjeść, spać i jutro czeka troszkę pracy. W sumie, nie byłam dzisiaj nawet zmęczona, jak to zwykłam po całym tygodniu. A tu! Normalnie rozwiązałam maturkę z matmy na korkach i nawet nie myliłam się w obliczeniach typu 3+2=! Byłam pełna podziwu, a nawet zrobiłam kilka zadań w sposób - według Pana Korepetytora - zadziwiający. Tzn. kompletnie inaczej niżby to wszyscy robili. W sumie, wynik ten sam. Ilość obliczeń ta sama, tylko estetyczniej moje wypocinki wyglądały. No więc za dziś dumna jestem z siebie. Choć sprawdzian z bio nie wiem jak napisałam. Nie wiedzieć czemu, tak sobie totalnie na luzie pisałam, że zadania rozwiązywałam w tępię ślimaka i na dziesięć minut przed końcem, kiedy ktoś wykrzyknął, że zostało właśnie tyle czasu, z przerażeniem stwierdziłam, że nie zrobiłam połowy zadań. Szybka rozgrzewka mózgu i wewnętrzne krzyki "no mózgu, mózgu, mózgu! Skup się, umiesz to, umiesz, to czemu nie piszesz?!" Tia... się okaże. I stwierdzam, że pupa, bo Durknięte Ferdy (czyt. Ferdydurke) przerobiliśmy w przeciągu dwóch lekcji, a ja przez dwa tygodnie nie mogłam przebrnąć. Właściwie, ciekawiło mnie i nawet spoko się czytało. Ale to było na zasadzie, a jutro trochę poczytam, albo wieczorem, albo później. No i tak przyszło omawianie lekturki. Pocieszeniem okazał się brak kartkówki. Ech, nic, idę przekąsić wafla ryżowego i zmykam w objęcia Morfeusza. 

środa, 7 listopada 2012

Środo, moja Środo! Czemuś jest Środą?

'Ak­tor­stwo dnia codzien­ne­go tym się różni od ak­tor­stwa w teat­rze, że wszys­cy grają przed wszys­tki­mi i wiedzą nawza­jem o so­bie, że grają.' 



Taka tam środa. Witaj środo, żegnaj środo. Łatwo przyszło, łatwo poszło - co by nie rzec. Sprawdzian z biologii z  botaniki = dupa zbita i hura! Dawno nie trafiłam na tak idiotyczne zadania. Dawno nie wyszłam taka uradowana po teście. Moja reakcja - Bitch Please! Drobne pytanie - czy mając do ogarnięcia całą botanikę zwraca się uwagę na jakieś pierdoły typu systematyka? Rozumiem, charakterystyka poszczególnych najbardziej wyróżniających się grup, u których pojawiają się jakieś cechy, rzutujące na dalszą ewolucję. Ok. Zgodzę się. Ale niektóre pytanie przyprawiły mnie o błogi uśmiech i myśl "Pupa,pupa,pupa". Zdecydowanie Ferdydurke odbija się na mojej psychice. A to dopiero początek. No nic, na poniedziałek zwierzątka mnie witają, choć powtórzyłam już na zeszły tydzień, ale proforma, trzeba raz jeszcze powtórzyć. Chem - Witowski i stałe, i stopnie dysocjacji zaczęły przyprawiać mnie o ból głowy. Zdecydowanie próbuję ogarnąć, wydaje mi się, że ogarnęłam, a tu, przychodzi do jakiegoś zadania i gubię się. Śpiewam sobie "Nie nie boję się, nie nie boję się!", ale w rzeczywistości sikam w majty. Brutalne, ale prawdziwe. No nic, trzeba iść się ogarnąć, jutro na siódmą. I dyżur = jupi aj ej!

PS. Zmieniałam co nieco na blogu, nie wiem czy na lepsze, ale jak dla mnie jest O.K!