Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W rozsypce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W rozsypce. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 czerwca 2014

no title.

I'm done...



Czuję żal. Nie wiem czy to jakiś życiowy niefart, fatum czy inna nieciekawa pokraka sprawia, że tak wiele rzeczy nie idzie po mojej myśli. Dziękuję, jestem skończona. Nie będę lekarzem. Nie będę stomatologiem. Mam ogromną nadzieję, że chociaż farmaceutą będę, bo ilość moich punktów może w jakiś ostatnich listach, jako te niedobitki najgorszej maści, pozwoli mi na dostanie się. Gdzie? Nie mam pojęcia. Gdziekolwiek.
Dziękuję wszystkim za tak wielki doping, czułam niesamowite wsparcie z każdego komentarza. Dziękuję za każde miłe słowo. Dziękuję za to, że dla niektórych mogłam być jakimś przykładem na niesamowitą mobilizację. Domyślacie się jak się mogę w tym momencie czuć biorąc pod uwagę cały ten rok walki, również ze samą sobą.
Wierzę, że będzie dobrze.

wtorek, 3 czerwca 2014

let's play birds.

"Znudzisz się. To, co jest urocze, szybko staje się irytujące."J. Żulczyk

Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona. Chronicznie zmęczona.. Mam wszystkiego po dziurki w nosie i tak bardzo pragnę zmian, ciągnie mnie do nowości, które majaczą w oddali, jako wizje przyszłości. Nie mogę się doczekać. Praca irytuje bardziej niż wcześniej i bardziej męczy. Właściwie to ludzie irytują. W szczególności jeden osobnik. Ech, po raz kolejny przekonuję się jak prędko i łatwo można przejść z uczuć pozytywnych do negatywnych. Po raz kolejny się zawodzę i jest mi niesamowicie przykro. W tym wypadku nawet bardziej. Pan P przestał dla mnie oficjalnie istnieć. I nie da się ukryć, że oboje wręcz z upragnieniem spoglądamy w przyszłość, gdzie prawdopodobnie nie będzie miejsca dla jakiegokolwiek "my". Smutne. Widzieć te wszystkie pary, tych szczęśliwych ludzi, przypominać sobie za każdym razem chwile z nim spędzone i smucić się jeszcze bardziej. Rozmawiać z nim jak zawsze i w odwecie słyszeć albo nieprzyjemne słowa, albo coś rzucone "na odczep", i ponownie się smucić. Tęsknić za przeszłością, pragnąć jej powrotu, robić wszystko, żeby choć w maleńkim stopniu wróciła i smucić się na maksa, bo nic z tego nie wychodzi, bo on stał się obojętny, jakby ktoś nagle wymazał mnie gumką, jakby patrzył na mnie, i mnie nie widział. Uśmiechamy się do siebie, flirtujemy jak zwykle, ale mam wrażenie, że czasem jest to trochę udawane. Pan P stał się mega nieprzyjemny, przez co (albo dzięki czemu) pomaga mi w całkowitym pogrzebaniu uczuć wyższych, jakie do niego żywiłam. Wolne dni spędzam na leżeniu brzuchem do góry, zajadaniu lodów i oglądaniu serialów. Wcześniej ćwiczyłam, ale po maratonie "dziesiątek" w pracy jedynym ćwiczeniem jakie mogłam wykonać następnego dnia był ruch kciukiem i "drzemka". Nie mogę się doczekać kiedy D przyjedzie ze studiów. Będziemy mieć mało czasu dla siebie, bo tylko miesiąc, a biorąc pod uwagę moją pracę to może być różnie. Ech, ale pierwsze co musimy zrobić to urządzić sobie wieczór pod namiotem z butelką wina .
Wracając do pana P, już nawet nie mam siły drążyć tego tematu. Kiedy zobaczyłam go ostatnio jak przyszedł na zakupy ze swoją dziewczyną poczułam jakby ktoś postanowił "na żywca" sprawdzić jak wyglądają moje wnętrzności - nie polecam. Pracowałam wtedy cały bity dzień, a kiedy ledwie żywa i przybita wróciłam do domu zamknęłam się w łazience, i pierwszy raz od bardzo dawna rozkleiłam się. Nie chciałam nikomu znowu zaprzątać głowy moimi problemami, wmówiłam sobie, że jestem silna, że tyle już przeszłam, że taki pan P nie odbierze mi radości z życia i zadowolenia z siebie, nie odbierze mi chęci. Powiedzmy, że zadziałało, następnego dnia wszystko co mu zarzucałam i wszystkie moje argumenty nie miały dla mnie żadnego sensu. Doszłam do wniosku, że muszę po prostu zacisnąć zęby i przetrwać. Przetrwałam już prawie rok, co to więc dla mnie niecałe 3 miesiące? Nim się obejrzę, a będę żegnać moje wspaniałe góry i pozostawię wszystko za sobą, mając na horyzoncie wizję nowego początku. Tabula rasa.





piątek, 3 stycznia 2014

low roar.


'Chciałabym aby ten rok był "ach" a nie "ech".'

Jak to jest, iść wciąż tą samą drogą, a jednak co chwilę z niej zbaczać? Mieć obrany cel, dążyć do jego
osiągnięcia, a na każdym kroku oddalać się od niego? Czy jest w tym w ogóle jakiś sens? Muszę wytrwać jeszcze dwa miesiące. O ile psychicznie wydolę, uważam, że będę gotowa na wszystko, na maturę, studia, na usamodzielnienie się prawie w 100%. Dam radę. Dwa miesiące. 18 dni pracujących w tym miesiącu. I luty. Później dwa i pół miesiąca porządnego zapieprzania (i mówię serio, jestem strasznie zmotywowana, aż mnie własna mobilizacja przeraża). Muszę się tylko poskładać. Poukładać. Powoli, delikatnie. Stwierdzam, że uwielbiam wprost pakować się w dziwne sytuacje, które wyrządzają więcej szkód dla mnie niż to wszystko byłoby warte. I to chwilowe szczęście, które jakimś dziwnym cudem potrafi do sobie przekonać. Przemawiało do mnie, choć wiedziałam, że nie będzie to transakcja długotrwała, że moje korzyści bardzo szybko się skończą i, że pewnego dnia (takiego jak dzisiaj np) uświadomię sobie jaką byłam idiotką, i jak bardzo teraz boli ta głupota. Rozsądku, jeśli jeszcze gdzieś tam jesteś wołam cię, odezwij się, daj jakiś znak. Powiedz, że jeszcze jesteś, choć cień twojej postaci. Miotam się? Lecę, choć spadam, nie mogę się wzbić, bo za każdym razem kiedy próbuję coś podcina moje skrzydła. I wpadłam w pułapkę marazmu. Dlaczego ta sytuacja musiała być tak cholernie skomplikowana? Dlaczego kiedy udało mi się (zupełnie przypadkiem) spotkać kogoś takiego, życie, kapryśna dzierlatka, powiedziało - nie, nie nacieszysz się długo, nie będziesz szczęśliwa. Ulotne cudowne chwile, które teraz wspominam z cieniem uśmiechu. Nie żałuję ich. Nie żałuję ani minuty. I wpatrując się w delikatny srebrny łańcuszek, w jakże banalny wzór, uśmiecham się, mimo wszystko. Uśmiecham. Bo było wiele szczęśliwych chwil. Ale czuję się zmęczona. Potwornie wycieńczona psychicznie. I błagam Boga w każdej sekundzie, żeby było tak jak dawniej - spokojnie, stabilnie, dobrze. Błagam. Może podświadomie zaczynam panikować, bo zbliża się maj, bo wcześniej czeka mnie marzec, wypowiedzenie, koniec pewnego krótkiego rozdziału życia i miejmy nadzieje - początek nowego, dłuższego i dającego korzyści w przyszłości rozdziału. W moim życiu musi zapanować spokój. Za dużo tu niedopowiedzeń, za dużo chaosu. Potrzebuję tylko trochę więcej siły. Ociupinkę.


sobota, 29 czerwca 2013

short story.

'Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy.' 

Dlaczego łzy napływają mi do oczu i spływają po policzkach co sekund parę? Z wielu powodów. Nie wiem co ja w ogóle robię ze swoim życiem. Czuję, że wciąż balansuję na tej krawędzi i nadal jestem bliższa upadkowi niż wzlotowi. Coraz bardziej się staczam, a gdy udaje mi się zrobić krok w przód, dwa lecą do tyłu. Zerwałam z Nim. Skończyłam to. To nie było to czego szukałam, a On chyba w ogóle niczego takiego nie szukał. Kiedy wczoraj rozmawialiśmy czułam, jakby serce miało mi za chwilę wyskoczyć z piersi i uciec jak najdalej. Tego właśnie chciało. Nie rozumiem jak mogę Go tak bardzo kochać. Wciąż, nieprzerwanie, pomimo całego bólu jaki mi sprawił, kochać Go tym moim beznadziejnie głupim i naiwnym serduchem. Pomimo jego braku zaangażowania, obiecywania gruszek na wierzbie i udowadniania mi co chwilę, że jednak nie jestem taka "mądra, fajna, ładna etc". A może to tylko łzy żalu, spowodowane tylko i w wyłączności, tym, jak bardzo się zawiodłam, tym, że dałam z siebie wszystko, a otrzymałam w zamian jedno wielkie nic. I myślę tak sobie, czemu ja płaczę. I przed chwilą nawet zastanawiałam się, czemu to skończyłam, i znowu zaczęły napływać złudzenia, że może On się zmieni, że może by się ułożyło, że może On jednak mnie kocha. Ale wiem, że tak nie będzie. On się nie zmieni, bo mnie o tym uprzedził nawet. Ułożyć się może ułoży, ale każdemu z nas z osobna. Kochać.. nie wiem czy kiedykolwiek kierując te słowa do mnie wiedział co to w ogóle oznacza i czy było to szczere wyznanie. Jedno jest pewne, jakiś etap swojego życia zakończyłam z wielkim hukiem, bo o studiach w tym roku mogę tylko pomarzyć, tak więc emocjonalnie nastawiam się na przyszły rok. Tylko czemu wciąż myślę o Nim. Że będzie mi brakować tych wieczornych rozmów, jego dosyć dziwnego poczucia humoru i innych drobnostek. Ale w sumie, szala została przechylona, a rzeczy istotne były po stronie przeważającej, a raczej ich brak. Muszę odbić się od dna i znowu nabrać powietrza. Zmotywować się maksymalnie i dać z siebie wszystko w tym roku. Cóż, powtórka z rozrywki wcale się nie uśmiecha, ale za głupotę się płaci. Cena jest wysoka, dlatego się nie poddam i będę walczyć dalej. Miejmy nadzieję, że nie braknie mi sił i, że uda mnie się zapomnieć o Tb jak najszybciej. 

piątek, 19 kwietnia 2013

just breathe.

'Mam w sobie taką konfuzję, zamęt i chaos, że nie rozumiem, jak ludzka dusza może to znieść. Znajdziecie we mnie wszystko, co chcecie, absolutnie wszystko.' 

Duszę się..Tonę..Spadam..Nie widzę końca, nie widzę doliny, nadzieja nie kuka zachęcająco zza oblanego blaskiem porannego słońca pagórka. Wszystko się gmatwa, robi się porządny zamęt, a ja wewnątrz mam chaos niekontrolowany, prawdziwa burza z piorunami i mętlik niesamowity. Chyba jestem zbyt podatna na sugestie. Chyba nie mam własnego zdania i ta uparta osóbka, która zawsze stawiała na swoim gdzieś się rozpłynęła. Nie, owszem, ja stawiam na swoim, ale nie w tych sytuacjach, w których trzeba. Nie rozumiem świata, nie pojmuję. Choć, z drugiej strony jakieś pozostałości rozsądku podpowiadają - nic nie dzieje się bez przyczyny. Ludzie, których spotykamy na naszej drodze często są tylko statystami, którzy odegrają swoją scenę i znikają jak kamfora. Zdarzają się aktorzy z prawdziwego zdarzenia. To oni w większym stopniu kreują naszą rzeczywistość. Jedni i drudzy potrafią nas uszczęśliwić, sprawić, że będziemy płakać nocami w poduszkę czy stworzyć z nas zupełnie innych ludzi. To dziwne, ale powiedzenie "z kim przystajesz takim się stajesz" jest moim zdaniem jak najbardziej prawdziwe. Pewne zachowania po prostu przejmujemy, uczymy się ich i wchodzą nam w nawyk. Był w moim życiu -swego czasu drogi mi- chłopak, miał taki odruch, że kiedy się zastanawiał nad czymś albo chciał mnie rozbawić przekrzywiał usta na jedną stronę i robił dziubek. I ja przejęłam to. To właśnie mi po nim zostało i chyba zawsze będzie mi go przypominać. Najbardziej irytująca jest świadomość, że tak naprawdę nie mamy pojęcia kto z napotykanych jest statystą, a kto aktorem. I zanim przyjdzie nam się o tym przekonać musimy przejść bardzo długą drogę, która różami nie jest usłana, no chyba, że kolczastymi. Oddycham. Wreszcie oddycham. Czuję, że oddycham. Nie wiem co się zmieniło, ale mam nadzieję, że ten stan pozostanie na dłużej. Mam dość huśtawek nastroju, ciągłej niepewności, złości, smutku, żalu, jaskółczego niepokoju. Just breathe...


piątek, 4 stycznia 2013

i won't do that.

'Czułem się jak pływak na pełnym morzu, było wspa­niale, póki poz­wa­lałem nieść się słowom, ale kiedy próbo­wałem zgłębić ich znacznie, na­tychmiast tonąłem. '





Tyle czasu powstrzymywałam się od napisania tej notki. Wmawiałam sobie, że nie mogę, że nie chcę, że dam sobie radę z tym wszystkim bez spisywania myśli. Nie udało się. Może jednak nie jestem aż tak silna.
Przenieśmy się więc w czasie kilka dni wstecz. Sylwester. Spędzam go na domówce u Tb - mojego partnera na studniówkę. Wszyscy są przekonani, że jestem u D - pamiętacie D, wspominałam o niej już wcześniej; jedyna osoba, która jeszcze ze mną wytrzymuje- i początkowo byłam, to fakt. A nawet nie bardzo chciało nam się gdziekolwiek iść. Mimo to poszłyśmy. Czy żałuję? Hm.. To tak jakby zapytać oswobodzonego człowieka, będącego wcześniej długie lata w niewoli, czy żałuję, że odzyskał wolność. Dobrze się bawiłam. Poznałam na prawdę świetnych ludzi, a nawet dziewczynę, która jest na farmacji na ŚUM-ie i ma zamiar startować w tym roku na medycynę. Dogadałyśmy się, to fakt. W sumie, to myślałam, że ja dużo mówię. Jeśli ja dużo mówię, to dla niej nie ma skali, w której można by to z wymiarować. Dowiedziałam się tego wieczora np., że świetnie tańczę i byłam zszokowana, bo wszyscy faceci, którzy tam byli chcieli ze mną tańczyć. I takie drobne pytanie - po części do siebie raczej - czy ja na serio tak dobrze tańczę? Mniejsza o to. Na moje nieszczęście przez większość czasu kiedy tylko usiadłam "zabawiał" mnie Uo. Strasznie męczący człowiek. Podchmielony i to porządnie. Ale słuchałam go i rozmawiałam z nim. Dlaczego? Wydawał mi się być strasznie nieszczęśliwy. Jakby faktycznie wszystkie smutki topił w kieliszku. Co doprowadziło mnie do totalnego stanu zdziwienia, Tb ciągle patrzył na nas z zazdrością - i nie, nie wymyśliłam sobie tego - wkurzał się na Uo i nie krył wcale tego, mówił na głos co o tym myśli. Pomińmy wszystkie dziwności, jak np. opowieść o wygranej czajnika w zawodach pływackich przez jednego z poznanych tego wieczora kolesi, kota-giganta, któremu niewiele brakowało, a nie mógłby się ruszać i potrzebowałby deskorolki, co by mógł się na niej poruszać, czy chomika po przejściach, który przeżył już pierwszego kaca w swoim życiu (biedaczek). I przechodzimy do sedna. Później wszystko działo się tak szybko. Nie doszło do niczego wielkiego, nie myślcie sobie o nie wiadomo czym. Ale... Byłam szczęśliwa i chciałam zatrzymać czas, i zostać tam, wtulona w Tb, słuchając jego głosu szepczącego coś do siedzących obok nas D i J (J-kumpel D). Czemu czas nie stanął? Następnego dnia po południu musiałam wrócić do nudnej rzeczywistości. Rano, kiedy ogarnęłyśmy się z D wróciłyśmy do Tb, z myślą o pomocy mu w ogarnięciu mieszkania przed powrotem rodziców. Zostałyśmy zaproszone, więc skorzystałyśmy. No i tym sposobem pobyłyśmy sobie na after party. Uo znowu próbował się do mnie przystawiać, ale na szczęście wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że niestety, może sobie pomarzyć. Jak podsumował to Tb kiedy po raz setny mówił Uo co o nim myśli i tym jak się zachowuje ? "No co? Muszę teraz chronić swoją kobietę". Troszeczkę zastanawiające, co? Albo właśnie bardzo oczywiste. W sumie, nie rozbieram już włosa na czworo, bo nie ma sensu. Było fajnie, dobrze się bawiłam i mam nadzieję, że przeżyję jeszcze kiedyś takie coś. A co ma być to będzie.
Ogólnie, ciągle krąży za mną to cholerne choróbsko. Nie mogę się za Chiny Ludowe wyleczyć raz a porządnie! Rozmyślam nad zrezygnowaniem z korków z biologii. Widzę i wiem, że Rodzicom i tak jest bardzo ciężko z kasą, także, chciałabym zaoszczędzić im niepotrzebnych wydatków. Tylko czy podołam sama z tym wszystkim? Czy będę miała na tyle motywacji? Bo z nią coraz ciężej. Jak wcześniej była wielka, niesamowita, dodająca skrzydeł, teraz, ledwie tli się gdzieś tam pomiędzy neuronami. Próbuję, przekonuję się, że będzie dobrze, bo być musi, ale coraz częściej myślę, że chciałabym dostać się na cokolwiek i coraz bardziej luzacko podchodzę do medycyny. Moje marzenie powoli się sypie. Obym miała na tyle sił, by mu sprostać do końca, raz a porządnie. No nic, 23:23 właśnie mija powolutku, a ja próbuję wmówić sobie, że gula w gardle wcale nie jest jakimś stanem zapalnym i, że jest wszystko w porządku. Trzeba iść spać. Wyspać się i może jutro uda się coś zdziałać. Trzymajcie kciuki;)



sobota, 8 grudnia 2012

liar.

'Odbierz przeciętnemu człowiekowi jego kłamstwo życia, a wziąłeś mu zarazem całe szczęście.'


Kłamstwo ma krótkie nogi, powtarzała mi Mama kiedy byłam małą dziewczynką i jak to dzieci, oszukiwałam we wszystkim w czym tylko mogłam. Dziś, gdy dziewczynką już nie jestem, a z małością mam raczej niewiele wspólnego, przekonuje się, że to nie ma znaczenia. Kłamiemy, oszukujemy, łżemy na każdym kroku. Często nawet sami siebie wprowadzamy w błąd, po to, by uniknąć - sama nie wiem - bólu, cierpienia? Nie możemy być takimi, jakimi jesteśmy, bo doskonale wiemy, że większość znajomych nie zaakceptowałaby nas. Inność spotyka się z wrogością. Posiadanie odmiennego zdania, innego światopoglądu i zupełnie odbiegających od przyjętych przez rówieśników ambicji, potrafi piętnować przez całą drogę życia. Człowiek czuje się pusty. Ma wrażenie, że to on jest tak beznadziejny, że nigdy nie znajdzie towarzystwa, w którym będzie czuł się dobrze. Do czego zmierzam, życie zmusza nas do przystosowywania się do różnych sytuacji, a więc do pewnych zmian, odbiegających od naszego poglądu na nie. Doskonale wiemy, że bycie sobą, ale takim prawdziwym, postępowanie zgodnie z wyznawanymi przez nas zasadami, w większości spotyka się z dezaprobatą. Mówimy - i jakże wspaniale to brzmi -, że nigdy się dla nikogo nie zmienimy, że jeśli ktoś nie zaakceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy, nie ma co się nim przejmować. Jakiś czas temu oglądałam dość ciekawy dokument odnośnie ludzkiego mózgu, jego funkcjonowania i reagowania w różnych sytuacjach. Tak więc, doszłam do wniosku, że wmawianie innym, że nie zmienimy się dla nikogo jest totalną bzdurą. Człowiek już po dziesięciu sekundach rozmowy (o ile pamięć mnie nie myli) przejmuje pewne cechy swego rozmówcy, a więc, chcąc nie chcąc, zmienia się dla niego i robi to całkiem nieświadomie. W pewnym sensie, przystosowuje się.
Pytanie, które zadaję sobie sama, ale innym również jest następujące: Czy istnieje miejsce, gdzie możemy być sobą? Bo jeśli takie znacie, to dajcie mi znać gdzie ono jest.
Możliwe, że jestem trochę rozczarowana, zdegustowana, nie wiem, zrezygnowana? Bo jestem. Może przy jednej, czy dwóch osobach wiem, że mogę powiedzieć wszystko i nie spotkam się z wyśmianiem, dziwnym wzrokiem a'la "o czym ty w ogóle ze mną rozmawiasz?". No, może są takie trzy osoby, gdzie dwie z nich to Mama i A - a więc moja rodzina - trzecią natomiast jest D, która jeszcze znosi mój dość trudny charakterek. Jestem wkurzona, bo chciałabym być sobą w stosunku do każdego, a wiem, że nie bardzo mogę, bo przez to zwykle tracę już na starcie znajomości. Przynajmniej odnoszę takie wrażenie, choć D usilnie próbuje mnie przekonać, że jest inaczej. Również w gronie rodzinnym, w którym - haa!- raczej powinno się być sobą, czuć dobrze, komfortowo, etc.etc. przeważnie udajemy kogoś innego. Nie lubimy opowiadać się ze swojego życia, z błędów, które popełniliśmy. To prawda, że z rodziną najlepiej wychodzi się  na zdjęciach . Kiedy w zeszłym tygodniu byłam na imieninach Dziadka, gdzie oczywiście pojawiło się kilku innych gości, zaczęłam się zastanawiać. Cała ta sytuacja była dziwna, krępująca i raczej niezbyt przyjemna. Wszyscy udawali, że się dobrze bawią, że z chęcią rozmawiają z "bliskimi", a tak na prawdę, widać było, że większość marzy o końcu tej udręki i powędrowaniu do swoich ciepłych, przyjemnych domostw. I to raczej normalne, ja również o tym marzyłam. Tym bardziej, że rozmowa nie bardzo się kleiła, mój kochany Ojczulek - jak z resztą zwykle - ze wszystkimi się przekomarzał , udowadniając, że to on ma zawsze racje, pod każdym względem, nawet jeśli nie miał pojęcia na dany temat. Kiedy miałam coś powiedzieć, wolałam milczeć. Widziałam te pobłażliwe wzroki i szydercze uśmieszki. Czy na prawdę tak musi być? Czy wszędzie są takie rodziny? Wiem, że nie i żałuję, że moja jest taka jaka jest. No ale cóż, rodziny się nie wybiera. Możliwe, że jestem trochę rozgoryczona, a może to przez Tabcin, który ma na mnie dosyć dziwny wpływ.
Reasumując, chciałabym móc Być Sobą. Nie udawać nikogo innego. Może to wypływa z mojej silnej potrzeby akceptacji przez jakąś społeczność? A może po prostu tak już jest. Mama i A ciągle powtarzają mi, że trafię na ludzi, wśród których bez zastanowienia będę mogła rozmawiać o sekcjach zwłok i szczegółach ich przeprowadzania. O rzeczach, o których nawet Rodzicom czy Siostrze nie bardzo mogę opowiadać, bo brzydzi ich to, bo zaraz lamentują "co ja to oglądam". I w sumie, teraz i ja się oszukuję, bo wmawiam sobie, że tak będzie, że kiedyś natrafię na "pokrewne dusze". Życie to jedno wielkie kłamstwo. 

czwartek, 29 listopada 2012

somebody.

 Nie mogłam się powstrzymać. Znalazłam jakiś czas temu i słucham na okrągło.
A jak nie słucham, to nucę. I z powrotem fatum "Somebody that I used to know" nade mną wisi. Echh... ale przynajmniej to jakoś mnie trzyma przy życiu. Wczoraj na matmie łaskawa Pani rozdała nam pięknie poprawione próbne maturki. 54%. Nie wiem czy mam się cieszyć, płakać, śmiać się czy skakać. W sumie, początkowo obawiałam się, że nawet 30 mieć nie będę. Okazało się inaczej. I nawet trochę się cieszę, ale tylko trochę. Jutro korki = zrypa za niski wynik. Żyć nie umierać!
Dziś umieram. Znowu wpadłam w melancholijny nastrój jesienno-zimowej pory. W zeszłym tygodniu było całkiem dobrze. Aż za, bo w tym jest zupełnie na odwrót. Nie mam już pojęcia czym to idzie, ale cóż, tak jest i niestety nic nie mogę na to poradzić. Na korkach z chemii myślałam, że się popłaczę, albo wstanę i wyjdę. Takiego doła dawno nie miałam! Zaczęłam wątpić we wszystko. No i zachciało mi się medycyny, a więc cierp ciało jak żeś chciało! Co z tego, że to dopiero przygotowanie. Że matura to "pikuś" w porównaniu z całą resztą przeszkód, jakie czekają po drodze. Mimo wszystko, trochę mnie to przytłacza. Powoli się ogarniam, ale w zdecydowanie zbyt wolnym tempie. Wierzę jednak, że każda niedogodność napotkana gdzieś w trakcie dążenia do jakiegoś celu może jedynie utwierdzić nas w przekonaniu, że zależy nam na dotarciu do końca, bądź nie. Uspokoiłam się trochę. Muszę po prostu spokojnie podchodzić do wszystkiego, a wyjdzie mi to jedynie na dobre. Szczerze, gdyby ktoś 3 lata temu powiedział mi, że będę tak ciężko pracować, że będzie mi na czymś tak bardzo zależeć, powiedziałabym bez zawahania, że chyba pomylił osoby. Wcześniej nie wierzyłam w zmiany postępowania ludzi, ale kiedy sama zaczęłam ich doświadczać, przekonałam się. Ludzie się zmieniają. I tym miłym akcentem zakończymy dzisiejszy wpis. Dobranoc Wszystkim.

'Im więcej wiesz, tym więcej po­zos­ta­je do poz­na­nia i wciąż te­go przybywa.' 

sobota, 24 listopada 2012

New beginning.

'Każde­mu, kto mówi, że wyśpi się w gro­bie, po­wie­dzcie, żeby przyszedł po­roz­ma­wiać ze mną po kil­ku miesiącach stażu. Oczy­wiście, nie tyl­ko pra­ca trzy­ma nas na no­gach całą noc. Jeśli życie jest ta­kie ciężkie, dlacze­go spro­wadza­my na siebie więcej kłopotów? Co jest z tą pot­rzebą uderze­nia w przy­cisk auto­des­truk­cji? [...] Może lu­bimy ból. Może jes­teśmy dziw­ni. Bo bez niego, nie wiem, może nie czu­jemy się real­nie. Jak to się mówi? Dlacze­go wciąż uderzam się młot­kiem? Bo czuję się re­wela­cyj­nie, kiedy przes­taję.'

I nagle przychodzi sobota. Zdążyłam nadrobić kilka odcinków "Chirurgów". Czy to niezbyt banalne? Że lubię ten serial, że chce iść na medycynę? W sumie, myśl o studiach medycznych zrodziła się w mojej głowie już wcześniej, kiedy jeszcze nie śniło mi się oglądanie Grey's. Jakiś czas temu chciałam po prostu spróbować, zobaczyć czy mi się spodoba, czy trafi na listę ulubionych seriali. I trafił. Wciąga mnie powoli. Zaplata wokół głowy drobniutkie niteczki uzależniania. Nie jest jeszcze źle. Mam silną wolę.
Czuję się do bani. Rozdarta. Zagubiona. Niby wszystko jest proste, ale to właśnie czyni sprawy skomplikowanymi. Mam jakieś wyrzuty do siebie, że zamiast myśleć o nauce, o maturze, o tym co powinnam robić, ja w najlepsze planuje najlepszy kit, który mogę wcisnąć rodzicom, żeby 8-mego grudnia odetchnąć od wszystkiego w Krakowie. Szczerze, boję się trochę tego weekendu. Tylko czego. Nie wiem. Może tego, że mi się spodoba, przestanę się przykładać i pójdę na byle jakie studia do Krk, po to żeby móc  kontynuować "studenckie życie"? To byłoby wielce prawdopodobne w moim przypadku. Ale kiedy o tym myślę zapala się czerwona lampka i do głosu dochodzi Rozsądek. Jest opanowany, jak to Rozsądek, jego ciepły ton uspokaja mnie i pozwala wrócić do porządku. Uświadamia mi, że to nie jest to czego potrzebuje, że jeszcze nie czas, że są rzeczy istotne i istotniejsze. Istotne jest mieć przyjaciół, dbać o relacje z nimi, poświęcać im jak najwięcej czasu.. Ale no właśnie, czas. W sumie, nie żałuje ani chwili, którą poświęciłam moim kochany girlsom - wiem, ta nazwa brzmi dziecinnie - bo każda , a przynajmniej większość z tych chwil, to były najszczęśliwsze momenty w moim dotychczasowym życiu. Z drugiej strony, każdą minutę, którą poświęcałam im, nie mogłam poświęcić na doskonalenie swoich umiejętności w dziedzinach mnie pochłaniających. Brzmi idiotycznie. Czasem chciałabym zagłuszyć Rozsądek, ale odkąd trzy lata temu nie wyszło mi to na dobre, staram się tego nie robić.
Ogólnie, mam problem z partnerem na studniówkę. Ostatnio mam kogoś na oku, ale cóż, to tylko moje dziwne wrażenie, że i on się mną interesuje, także raczej nie wchodzi w grę. Chodź, kto wie... Koleś, którego wcześniej zaprosiłam olewa mnie totalnie, co niestety, jest bardzo widoczne i przyprawia mnie o mdłości za każdym razem gdy go widzę, a on jakby nigdy nic wita się ze mną, z ogromnym bananem na twarzy. Mam maleńką iskierkę nadziei, że ten który nie wchodzi w grę ( to inny niż ten zaproszony, tak gwoli ścisłości ) jednak zacznie się bardziej liczyć w tej konkurencji. No nic, zobaczymy co przyniosą kolejne dni.