Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niezwyczajnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niezwyczajnie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 sierpnia 2014

pendulum.

'Pielęgnuj swo­je marze­nia. Trzy­maj się swoich ideałów. Masze­ruj śmiało według mu­zyki, którą tyl­ko ty słyszysz. Wiel­kie biog­ra­fie pow­stają z ruchu do przo­du, a nie ogląda­nia się do tyłu.'



Życie jest dziwne. Nie wiem ile razy rozpoczynałam wpis od tych słów, ale z pewnością będzie tego trochę. Powinnam osobną kategorię stworzyć. Dochodzę do wniosku, że czasem wszystko mnie przerasta. Mam ochotę zaszyć się w czterech kątach, ze słuchawkami na uszach, wpatrzona w maleńkie czarne ślimaczki, opowiadające mi najdziwniejsze historie z gatunków medycznych, paramedycznych, kryminalnych czy innych nie mniej fascynujących. Zbyt często uciekam ostatnimi czasy. Przepraszam. Samą siebie w sumie, bo potrafiłam wykreować dokładnie taką osobę jakiej szukałam i jaką w środku byłam, a nagle znowu zaczęłam to gubić. W imię czego? W imię świętego spokoju, ot zgubne pragnienie naiwnej duszyczki. Człowiek całe swoje życie przechodzi w przeświadczeniu odpowiedniego postępowania, aż tu nagle wystarczy maleńki bodziec, który spowoduje uzyskanie całego obrazu, a nie jego okrojonej wersji. Najsmutniejsze w tym jest to, że nie wiadomo jak postąpić. Nagle to nad czym tyle czasu pracowaliśmy, poświęciliśmy tyle energii, nasze zasady, marzenia, wewnętrzne normy znikają. Od tak. Jakby powiał zbyt mocny wiatr. Parę razy w życiu przeżywałam coś takiego. Za każdym razem udawało mi się wrócić na odpowiedni tor, za każdym razem dźwigałam się silniejsza. Dochodzę do wniosku, że czasem doza zdrowego optymizmu jest przydatna. Właśnie w takich sytuacjach pomaga odnaleźć siebie w gąszczu miliona fałszywych twarzy i złudnych nadziei. Możliwość jest tylko jedna - iść naprzód.
Zrobiłam ogromny krok do przodu. Przeskoczyłam przepaść, czuje niesamowite zmęczenie, szczęście, przeplatające się ze zdenerwowaniem, niedosyt, który czeka na pełne nasycenie. Bydgoszcz Kochani, Bydgoszcz - to tam spędzę najbliższe tygodnie, miesiące, pewnie i lata, jako studentka farmacji. Pisząc to, na mojej twarzy pojawił się uśmiech - serio, nie koloryzuje w tym momencie. Pierwszy raz w życiu poczułam takie niesamowite szczęście. Owszem, wyobrażałam sobie tę chwilę jako bardzo radosną, ale nawet najśmielsze oczekiwania nie pokryły się z tym co rozegrało się tych kilka dni temu w moim małym ciałku! Miałam ochotę wykrzyczeć w świat wszystkie skumulowane endorfiny! Przelać na każdego przechodnia, każde drzewo, każdy liść, każdego psa, ażeby cały Świat cieszył się wraz ze mną w tej wspaniałej chwili. Narrator w mojej głowie ogłosił małej Ziemi cudowną nowinę, a we Wszechświecie rozbrzmiały oklaski i fanfary. Przyznam, że jest to też niemały stres - prawie 500km od domu, praktycznie sama dla siebie, bez Rodziców narzekających po raz kolejny na niepochowane naczynia, czy na to, że niedługo ich opuszczę. Ale jest to bardzo pozytywny stres. Ostatnio w pracy przeleciało mi przez myśl - Boże, jak bardzo chciałabym być już w tej Bydgoszczy. Ale już koniec densów i bansów, bo ucierpiała na tym moja kończyna, a niestety zapasowej nie mam. Tak więc, ograniczam się do poruszania w rytm muzyki i śpiewania (czyt.wrzeszczenia wniebogłosy) radosnych pieśni pochwalnych (nie, nie mam w rękach śpiewnika kościelnego). Pozostaje tylko pomalować paznokcie i w ogóle będzie cudownie.
Ech i dochodzimy do puenty. Moja droga do medycyny prawdopodobnie się zakończyła. Z jednej strony, nie chcę się żegnać, a z drugiej pragnę zacząć nową historię, może z nowym blogiem? Ten pozostanie dla potomnych, a nóż widelec jakaś żądna wsparcia prawie medyczna duszyczka postanowi zagłębić się w moją historię. Hmm, tak na dobrą sprawę, nie wiem czy może to być motywacja, koniec końców, na lekarski się nie dostałam. Mimo to, nie chcę niszczyć sporego kawałka swojej historii, jaki tu spisałam. Uwielbiam pisać, nie wiem czy długo wytrzymam bez tego, ale nie wiem też czy będę mieć czas i chęci. Niczego nie obiecuję, ale też nie żegnam się na dobre.
Pozdrawiam ciepło Wszystkich i do zobaczenia ponownie, może w innych częściach internetów, a może w tym samym. Życie pokaże.

piątek, 16 maja 2014

kokoro no kakera.


"Nie narzekaj, że masz pod górę,
  skoro zmierzasz na szczyt!"













Nie było mnie dosyć długo. Na czas pewien z internetów praktycznie wybyłam. Tyle co sprawdzałam pocztę, fejsa, wymieniłam z siostrą kilka zdjęć śmiesznych kotów/lam i nic więcej. Nie traciłam czasu bezmyślnie wpatrując się w ekran, czy wymyślając co tym razem fascynującego opiszę na blogu.
Matury.
To był temat przewodni, główny i najważniejszy ostatnich dni, miesięcy. I po maturach. Dziś oficjalnie koniec morderczego biegu z czasem, prześcigania samej siebie, wkuwania o poranku i wieczorów spędzonych w pracy. Ale i koniec świetnej przygody. Po raz kolejny udowodniłam sobie na jak wiele mnie stać. Nie wiem jakie będą wyniki. Biologie nie sprawdzałam, ale miałam po niej mega depresję, plus, że od dwóch dni poprzedzających egzamin wręcz chodziłam po ścianach ze stresu. CKE po raz kolejny mnie nie zawiodło. Pjona, bym rzekła, znowu dzięki wam doszłam do wniosku kiedy wyszłam z sali, że cały ten rok to mi się chyba tylko wydawało, że się uczę. No ale nic, ŻYCIE, co zrobisz, nic nie zrobisz.
Chemia, inna bajka, inne podejście, uśmiech na twarzy i spokojnie rozwiązywanie arkusza. Aż tak spokojne, że w pewnym momencie musiałam sama siebie pośpieszać, bo ja sobie na lajcie liczyłam zadanka, a zegar wcale nie chciał się zatrzymać. Nieoficjalne odpowiedzi sprawdziłam. Zobaczymy. Haha, ale najlepszy był moment kiedy liczyłam stężenie kwasu karboksylowego ze stałej równowagowej (hmm, nie wiem jak 'mądrze' opisałam zadanie, ale co tam, nie to najważniejsze) i w pewnym momencie zaczęły mi wychodzić chińskie znaczki, i myślę tak sobie "no kurde, to CKE nie może nas aż tak bardzo nienawidzić!" I policzyłam! Tak więc teraz nie pozostaje nam nic jak tylko czekać i modlić się.
A ja w niedzielę wracam do pracy. I znowu się zacznie. Mam nadzieję, że w to lato pogoda się uda i będę mogła śmigać na rowerze godzinami po obrzeżnych pagórkach, i dolinach. Achh, na samą myśl się rozmarzyłam...
See Ya!


sobota, 5 kwietnia 2014

sobota, 15 marca 2014

talk is cheap.


"Na pozór wszystko gra. Uśmiecham się tak, jak jest to ogólnie przyjęte, nie za szeroko, nie za wąsko. Tak w sam raz. Jestem zawsze pogodny i uprzejmy dla wszystkich. Ludzie szanują mnie za to. Tylko wewnątrz cichy głosik krzyczy „kurwa mać!”. "



      Siedzę i zastanawiam się co napisać, czym chciałabym się podzielić. Tak szczerze, piszę tu chyba o wszystkim, o moich dziwnych i nie raz głupich rozkminach, o 'przygodach', które czasem i mi się zdarzają (tak!wow!), o moich relacjach z przyjaciółmi, rodziną. Czasem mam wrażenie, że ktoś, kto wejdzie na mojego bloga i przeczyta większość wpisów od deski do deski zna mnie bardziej niż ktoś z kim rozmawiam, spotykam się czy spędzam wiele czasu od przeszło pół roku. To takie proste. Może jeśli ktoś w świecie rzeczywistym będzie chciał mnie poznać dam mu adres bloga i każę przeczytać, a jak to zrobi skwituję - no i właśnie poznałeś taką mnie jaką nie zna mnie praktycznie nikt. Założyłam tego bloga cholernie dawno temu. Niedawno sobie skojarzyłam. Właściwie chyba było to spowodowane tym, że wszyscy powtarzają mi, że mam 20 lat. Dwadzieścia, to już nie naście. Ech, pamiętam jakby to było wczoraj jak pisałam tu o moich przemyśleniach na dzień przed osiemnastymi urodzinami. Przezabawne.
Na moim biurku zawitały dwie opasłe kupki białych kartek A4. Oui, arkusze maturalne, niektóre świeżutkie, dopiero co wydrukowane, inne stare, których miałam duplikaty. I leżą, i krzyczą, i ja krzyczę.
Mam wrażenie, że dawno nie napisałam tak chaotycznego wpisu jak dziś.
Przedwczoraj miałam na prawdę miłe popołudnie,brakowało mi właśnie takich chwil.
Oglądałam ostatnio film "Her" - by the way, polecam każdemu. Niesamowity, poruszający, zmuszający do myślenia i późniejszego natłoku rozkmin wszelkiej maści. Dawno nie widziałam tak dobrego filmu. I nie wiem czy to  dlatego, że na ten moment jest jakby odzwierciedleniem mojego życia, czy dlatego, że dał mi odpowiedzi, na pytania, które zadawałam sobie od długiego czasu. Film lekko przytłaczający, bo opowiada o samotności, ale nie takiej na jaką często narzekamy, a takiej wręcz rozpaczliwej samotności. Generalnie, główny wniosek jaki mi się nasunął po ujrzeniu napisów końcowych - w życiu na różnych etapach potrzebujemy niekiedy dziwnych sytuacji czy relacji, wszystko co nas spotyka w danej chwili jest nam po prostu potrzebne, czegoś nas uczy, przygotowuje do dalszej wędrówki, pozwala stać się ludźmi, którymi jesteśmy, którymi się stajemy.
Miałam pisać o soulmate, ale cóż, wyszło jak zawsze. Może kiedyś i tym się podzielę.
A teraz znikam naprędce i lecę do arkuszy.
Smooth days. Good days. 


niedziela, 2 lutego 2014

let her go.

"Defektem wszystkich ludzi jest to, że czekają, by zacząć żyć, stąd też nie mają odwagi, by żyć każdą chwilą. (...) Wszyscy uczymy się żyć dopiero wtedy, gdy nie mamy już na co czekać; kiedy zaś czekamy, niczego nie możemy się nauczyć, bo nie żyjemy w konkretnej, żywej teraźniejszości, ale w jakiejś mdłej, odległej przyszłości."


W przerwie, znad neuronów aferentnych i eferentnych, pomiędzy komórkami glejowymi, wśród przewężeń Ranviera, wzdłuż mostów, robaków i innych przecudnej urody terminów, pozdrawiam i ślem wielkie HAWK
Jestem, żyję, funkcjonuję, zacieszam. Tak, zacieszam, bo jestem sobą. Znowu, znowu mi się to udało i łzy do oczu napływają jak wiele radości te astrocyty i lemocyty dają,jak wiele radości daje zrozumienie samego siebie. Ostatnio wracając z panem P, powiedział coś, co bardzo mi utkwiło w głowie - choćbym nie wiem jak bardzo starał się cie zatrzymać, choćbyś to zrobiła, to ciągle byłoby w tobie, ta niesamowita chęć realizacji i w końcu gdzieś musiałaby ujść. Tak też ze mną jest, mam niesamowitą potrzebę samorealizacji, a osiąganie kolejnych sukcesów, poruszanie się naprzód, pokonywanie kolejnego szczebla drabiny kariery daje nieopisaną satysfakcję. Ja nie chcę mieć nudnego życia. Nie chcę, żeby skończyło się tak jak zwykle - ślub, bo jesteś z tą osobą trochę czasu, jakoś jest, no i dobra, pasuję się hajtnąć, masz beznadziejną pracę, która dobija cię każdego dnia, wyzysk totalny za marne parę groszy, których nigdy na nic nie starcza, nie starcza, więc ze swoim współmałżonkiem wciąż drzecie koty, bo nie macie na to, na tamto czy na siamto, w końcu przychodzi jedno dziecko, może drugie,jakoś wam starcza od 10 do 10, ale wciąż jesteście rozgoryczeni i to z was aż bucha, bije w drugiego człowieka i odbiera chęć do czegokolwiek. Nie chcę tak, może jestem marzycielką, nazwijcie mnie jak chcecie. Lubię dramatyzować, przedstawiam swoje życie jako jeden wielki melodramat, jestem przykładem heroizmu uosobionego, poświęcam swoje życie, bo pragnę pomagać innym, poświęcam je dla nich. Dla małych istotek, które może kiedyś będą mogły powiedzieć mi, że to dzięki mnie mogły posmakować czegoś wspaniałego - życia. Z jednej strony uważam to za poświęcenie życia, a z drugiej za sposób na nie. Za dobre wykorzystanie. Czy będzie dobre, się okaże. Może zostanę szczęśliwą dentystką, będę miała gromadkę dzieci, co niedziele będę piekła pyszne ciacha, ku uciesze owej gromadki i małżonka, będziemy podróżować, fotografować, tworzyć opasłe tomy wspomnień, żeby nie było zbyt sielankowo, muszą być jakieś dramaty (nie piszę jakie coby nie wywołać wilka z lasu). Generalnie, jakieś spełnienie będzie i w sumie, taki obraz jest dla mnie całkiem miły, zachęcający, motywujący. Życie pokaże tak naprawdę gdzie trafię za tych pół roku.
Chciałam pisać o swoich irytacjach, o genialnych radach, jakimi ludzie sypią na każdym kroku, ale w sumie, mam zbyt dobry humor na to i wracam do moich pomp sodowo-potasowych aww..
Podsumowując : jak na razie jest na tak, oby jak najdłużej.


piątek, 22 listopada 2013

holocene.


'To paskudna sprawa być dorosłym. A karuzela nigdy nie przestaje się kręcić. Nie możesz wysiąść...'

Lubię filmy. Jestem pasjonatką, fascynatką, dziwną osóbką, która nie rozróżnia świata rzeczywistego od kinematograficznych bredni. Każda sytuacja po części mnie bawi, bo udowadnia, że najlepsze scenariusze pisze życie, że filmy, których fabuła przypominała zdarzenia z mojego życia, bądź życia moich przyjaciół, powstały bo wcześniej ktoś już to przeżył. Właśnie, czas przeszły - przeżył. Czasem opowiadam coś komuś z wielkim entuzjazmem i wspominam "to był w tym i tym filmie, z tym i tym aktorem, tam w ten i w ten sposób się to rozwiązało". Oczywiście, wątpię, że moje problemy rozwiążą się w ten sam sposób co problemy bohaterów -jakby nie patrzył, wciąż- wyimaginowanych historii. Scenografia oddziałuje na mnie niesamowicie. Piękno świata zewnętrznego sprawia, że w środku wciąż tli się maleńka iskierka optymizmu. Skąd on u mnie się bierze? Nie mam pojęcia. Idąc ulicą spoglądam przed siebie i napawam się. Chłonę całym ciałem, każdym porem, każdą cząstką siebie wilgoć powietrza, nostalgicznie opadającą w dolinę mgłę, szare niebo i jedynie maleńkie prześwity słońca, chłonę złote liście, leniwie szumiące, poruszane chłodnym wiatrem. Chłonę życie takim jakie jest, cieszę się z każdego drobnego szczęścia, które mnie spotyka, wszelkie smutki od razu porzucam i idę przed siebie, bo mam cel, bo chcę go zrealizować. Co dalej? Usta spierzchnięte zaciskają się jeszcze mocniej niż zwykle. Jestem silna. Mam w sobie siłę. Pozytyw.


piątek, 20 września 2013

for emma,forever ago.

'W którymś momencie trzeba podjąć decyzje, granice nie chronią cię przed innymi ludźmi, one odgradzają cię od świata. Życie jest pokręcone. Tacy już jesteśmy. Tak więc można zmarnować życie, wytyczając granice albo przeżyć życie, przekraczając je. Ale są pewne granice, których przekraczanie jest zbyt niebezpieczne. Wiem jedno, jeśli człowiek jest gotów zaryzykować, widok z drugiej strony zapiera dech w piersiach.'


Mrauuu... budzę się z dziwnej blogowej śpiączki, pocieram niepewnie rączki. Cóż, trochu czasu minęło, trochu więcej wody upłynęło, wiele się zmieniło. Przez ostatni miesiąc (wow, dokładnie miesiąc) przeżywałam wzloty i upadki, prawdziwe motywacyjne kopniaki, i demotywujące stany stresowo-lękowo-depresyjno-beznadziejne. Tiaa.. Sporo na raz. I plany się zmieniły, moje szkolenie trwać miało dwa tygodnie - trwa miesiąc, a ma potrwać jeszcze cztery dni w przyszłym tygodniu. Później się okaże. Dziś spotkałam się z D. Mało czasu miałyśmy, bo może godzinkę i nim zdążyłyśmy porządnie zagłębić się w tematykę teraźniejszych życiowych przewrotów, owa godzinka przeleciała jak z bicza strzelił. Nie bardzo wiem o czym mam pisać. Poczułam dziś, że jestem szczęśliwa. Mam wokół siebie wspaniałych ludzi, których za wszelką cenę powinnam utrzymać jak najbliżej. Pracuję ciężko, nie mam czasu na głupie przemyślenia z cyklu "Majowe wymyślanie pierdół, bo nie ma co innego do roboty, a zajebiście jest utwierdzać się w przekonaniu o słuszności głupich teorii". Gdy tylko mam wolny czas uczę się biologii. Dziś drugi raz byłam na korkach i kiedy tak po raz któryś z kolei udzieliłam jakiejś błyskotliwej odpowiedzi, a oczy korepetytorki - kobiety którą darzę wielkim szacunkiem za ogrom wiedzy, który posiada, za to, że na każde pytanie które zadaje (dociekliwa jaaa muaha) udziela bardzo logicznych odpowiedzi i potrafi w tak prosty sposób zakorzenić jakieś drobiazgi w mojej głowie - zalśniły, z jej ust popłynęły słowa pochwały, poczułam radość. Znów wróciła do mnie moja kochana radość. Z tego co robię, że robię właśnie TO. Kiedy sobie uświadomiłam drobny, acz niezwykle istotny fakt, uświadomiłam sobie również, że jestem szczęśliwa. Pal licho, że znów muszę gdzieś jechać, że zapieprzam jak murzynek Bambo przy bawełnie, za psie pieniądze. Pal licho, że w domu jestem bardziej gościem, że dopiero dziś na prawdę, ale tak na serio się wyspałam, wypoczęłam. Kocham to. Kocham moje życie. Ze wszystkimi jego dziwnościami, ze wszystkimi zakrętami i przejściami, z całym balastem.
A tak abstrahując od tematu, przypomniał mi się zeszły piątek trzynastego. We czwartek wieczorem wróciłam do domu, wyczerpana, położyłam się spać. Następnego dnia rano miałam fryzjera. Zwlekłam się więc z łóżka, niezbytnio zadowolona, że po tygodniu zrywania się raniutko i biegania do pracy, w dzień wolny musiałam zrobić to samo. Nic, chcesz być piękna musisz cierpieć, powtarzałam sobie. Rano przeglądając papierki i szukając dokumentów z banku, zawartość teczki wypadła na ziemię. Olaboga co to w ogóle było za zdarzenie, aż musiałam je opisać na blogu! Dziwny zbieg okoliczności, że ujrzałam facjatkę osoby, której wcale nie chciałam ujrzeć - Tb.. jego CV. Pamiętam skąd je miałam, nieważne, wzdrygnęłam się, złapałam paper, potargałam na drobny maczek i pozbyłam się. Uff!! To jeszcze nic (czy to ten piątek trzynastego, czy co???), nie dość, że fryzjer zrobił mi jakiś dziwny kolor myszy na głowie, to jeszcze suszarka nie miała osłonki i bach..moje mysie włosy wlazły do wiatraczka, utknęły i trzeba było kawałek obciąć. Jakby wrażeń było mało, poszłam do galerii z zamiarem kupienia spodni. Oczywiście spodni nie kupiłam, a że zamiast tego moja szafa wzbogaciła się o kurtkę, żakiet i koszulkę to inna historia. W ogóle idę sobie dziarskim beztroskim krokiem, patrzę, a tu .. Tb. Zapomniałam, że pracuje jako sprzedawca w RTV Euro AGD. Że też musiałam na niego trafić. Zgłupiałam tego dnia. Ot, piątek trzynastego...
Ale na dziś wystarczy tych mrożących krew w żyłach historii, bo jeszcze z tych emocji kogoś bezsenność dopadnie. Lecę lulu, jutro czeka mnie kolejny intensywny dzień. Pozdrawiam Wszystkich cieplutko :)



wtorek, 20 sierpnia 2013

la traversée.

'Gdy mówimy coś w stylu „ludzie się nie zmieniają” doprowadzamy naukowców do szału. Bo zmiana to tak naprawdę jedyna stała część w nauce. Energia, materia, to zawsze się zmienia. Łączenie, dorastanie, umieranie to fakt, że nie chcemy zmian jest nienaturalny. Trzymamy się kurczowo tego co było, zamiast pozwolić temu być, takim jakim jest. Trzymamy się dawnych wspomnień, zamiast tworzyć nowe. To, jak upieramy się wierzyć, pomimo tego, co mówią nam naukowcy, że w życiu nic nie jest wieczne. Zmiana jest stała. To, jak ją odczujemy, zależy od nas. Może wyglądać jak śmierć. Może być drugą szansą na życie. Jeżeli rozluźnimy palce, otworzymy pięści, damy się ponieść temu co trwa, to może przypominać czystą adrenalinę. Tak jak w każdej chwili... Możemy otrzymać drugą szansę na życie... Tak jak w każdej chwili... Możemy urodzić się na nowo.'

Czas pędzi nieubłaganie, przesmykuje się niewinnie jakby nigdy nic pomiędzy naszymi palcami i mknie niestrudzenie niczym Mustang z Dzikiej Doliny (abstrahując - taka piękna bajka, że płaczę na niej jak bóbr, ot, dziwna wrażliwość). Sierpień dobiega końca. Wiele się zmieniło. W moim życiu, w myśleniu, we mnie. Dostałam pracę w drogerii, a w niedzielę 25.08 jadę na dwutygodniową voyage, w czasie której to będę się szkolić, coby nie wylecieć po chwili i utrzymać się choć przez jakiś czas na stanowisku.
Poza tym, wdrażam się w system powtórkowy i robię to z coraz większą chęcią.
Mam w sobie ogromne pokłady gniewu, który z premedytacją pielęgnuję, próbując przekuć go w kolejną dawkę morderczej motywacji.
Mimo wszystko, mój spokój ducha utrzymuje się. Cieszę się, że nareszcie coś w moim życiu ruszyło, że jeden maleńki bodziec zadziałał jak reakcja łańcuchowa, pobudzając kolejne i w konsekwencji doprowadzając mnie do obecnej sytuacji.
Zaraziłam A (przyp.autorki bloga - siostra) Grey's Anatomy. Wspólne wieczory, spędzone na pochłanianiu kolejnych odcinków należą do jednych z najprzyjemniejszych.
Jestem chodzącym pozytywem. Taa, myśl jaka mi się nasunęła w tym momencie- rzygam tęczą. Co rano napawam się zapachem herbaty, świeżo parzonej, gorącej, wspaniale lśniącej, czarnej jak najczarniejsze odmęty odmętów (haha). Cieszę mordeczkę na widok błękitnego nieba i rudych kotów, pałętających się bez celu po ogrodzie. Uśmiecham się po całym dniu, kiedy wiem, że spędziłam go produktywnie, świadoma jak wiele mogę jeszcze zrobić wraz z nadchodzącym czasem. Szczęśliwa? Taak, jak na razie to najlepiej opisuje mój stan. I oby jak najdłużej.

PS. Tak wiem, przerażająco dużo tekstu na wstępie. Cytat z 'Chirurgów', enjoy :D



poniedziałek, 27 maja 2013

featherstone.




"Tylko jeżeli wszystko stracisz, możesz mieć wszystko, dopiero wtedy możesz być wolny"


 

Wróciłam. Nie potrafię powiedzieć czy silniejsza czy słabsza niż miesiąc temu, lecz na pewno bogatsza w doświadczenia. Jak bardzo człowiek potrafi się zmienić w przeciągu kilku/kilkunastu miesięcy. Niesamowicie. Jednego dnia jesteśmy zagubionym kłębkiem nerwów, który płaczę po nocach w poduszkę, nieszczęśliwi z tego w jaki sposób toczą się kolejne sprawy w naszym życiu. A już następnego jakaś cudowna siła pozwala nam podnieść się i uwierzyć, że jednak myśl o lepszym życiu, to nie myśl o niemożliwej Utopii, a o dniach, przez które idziemy z uśmiechem na ustach i uczuciem spełnienia. Co się we mnie zmieniło, że nagle z tego pierwszego stałam się drugim? Dziwna sprawa, właśnie powinnam chyba jeszcze bardziej podupaść psychicznie, spędzać dnie i noce na lamentach, zastanawiać się, co zrobiłam źle, i gdybać, co mogłam zrobić, żeby było lepiej. Lecz jaki to ma sens? Właśnie. Żaden. Sens tkwi jednak w drugiej stronie medalu. W pogodzeniu się z tym co przynoszą nam dni i umiejętności wykorzystania wszystkiego w pełni, tak, aby pewnego dnia móc powiedzieć "jestem szczęśliwy/a". A ja, pomimo tego, że praktycznie rzecz biorąc rozstałam się z Tb (choć jest to dłuższa historia i dosyć dziwna), poza tym, po maturach miałam uczucie własnej beznadziejności, przeświadczenie, jaką jestem idiotką. I mogłam tych kilka miesięcy temu dać sobie spokój z miłostkami, skupić się na istotnych rzeczach, bo dopiero teraz widzę, że to nie było aż tak ważne, a jedyne co zrobiło, to totalnie mnie rozbiło. Na drobne kawałeczki. Czułam się po prostu niekompletna. Tak jakby ktoś wszedł do środka mojego umysłu, poprzestawiał klepki nie tam gdzie trzeba, zaprowadził chaos i wyszedł sobie jakby nigdy nic. Ale przyszedł moment, kiedy udało mi się poskładać myśli. Na pewno jestem silniejsza. Znacznie szybciej potrafię pewne sprawy sobie przetłumaczyć na język realizmu. I chyba nie potrafię rozstać się z tym blogiem. Stał się jakąś cząstką mnie. To w sumie również dzięki niemu wielokrotnie jakoś opanowywałam emocje. Właśnie, taki morał i fakt do zapamiętania na przyszłość - nauczyć się panować nad emocjami.
Mam teraz najdłuższe wakacje w swoim życiu. Czy się przeciągną, czy nie, to się okaże, choć mam nadzieję, że moje matury jednak nie poszły tak dennie, jak mi się wydaje. Jeśli jednak będzie inaczej, nie poddam się. Właśnie na tym przecież polega życie. Mam dziwne nastawienie, tak mi się wydaje. Optymistyczne. Zawsze takie miałam, zawsze próbowałam wszystkich zarazić swoim optymizmem. Nie wiem czy ja na serio tak wierzę, że wszystko będzie dobrze, czy po prostu lubię się łudzić, oszukiwać. Mimo wszystko, wierzę, że nastawienie jest już połową sukcesu, bo jest takie samo prawdopodobieństwo,że coś się nam uda lub
nie uda. Jeśli nastawimy się dobrze i faktycznie, nie wszystko pójdzie po naszej myśli, to chyba życie właśnie na tym polega, żeby mimo tych niepowodzeń, próbować dalej i dalej, aż do skutku. Bo życie to wieczna droga i przecież nigdy nie będzie tak, że wszystko pójdzie gładko. Trudno jest łatwo żyć, czy jakoś tak. Zaczynam program 30 Days to Change. Dziś dzień drugi, właściwie, przysiadam się właśnie do listy stu celów, które chciałabym osiągnąć, o których marzę. Nie wiem czego oczekuję od tego programu, ale w sumie, to całkiem ciekawe wyzwanie. Mam sporo marzeń i właściwie dopiero teraz się nie ograniczam . Kiedyś pewnie coś na ten temat więcej napiszę. Teraz optymistycznie kończę, z jeszcze większym optymizmem łapię długopis i notatnik w dłoń, a o wielkości szczęścia spowodowanego widmem sprzątania pokoju nie wspominając:)






środa, 23 stycznia 2013

you give love a bad name.

'Życie to splot wielu niewyjaśnionych i często kompletnie odrealnionych zdarzeń, które z jakiegoś powodu po prostu się dzieją.' 


Stresy stresy i po stresach. Takie zamieszanie wokół studniówki, a wieczór minął szybciej niż pstryknięcie palcami. Ja osobiście bawiłam się wręcz wybornie! Pojadłam, popiłam (...), potańczyłam, pośpiewałam, powydurniałam się. Ogólnie, było na serio świetnie. Nie licząc momentu, w którym Tb skręcił kolano. Podkręcił, jak to cały czas mówił. Mniejsza z tym, że miał już 7 razy skręcone i z tym, że nie powinien nie wiadomo jakich ekscesów urządzać, a skakał jak poparzony. Nie chciałam już go dobijać i mówić "a nie mówiłam", chociaż właśnie ten tekst pasowałby wprost idealnie do sytuacji. Przy stoliku mięliśmy całkiem doborowe towarzystwo. Choć w pewnym momencie zaczęli działać mi na nerwy, kiedy co chwilę chcieli polewać wódkę Tb i to robili. A ja tak tylko siedziałam i patrzyłam - mach, jedna, mach, druga, mach... W końcu zaczęłam zabierać mu kieliszek. Początkowo nawet wypijałam to, co było przeznaczone dla niego - szczyt geniuszu, prawdaż? - później przystopowałam do połowy, a potem to już ja piłam, a on nie. Tak jakoś wyszło, choć nie upiłam się, bo pamiętam każdy moment tego wieczoru. Haha. Jak sobie przypomnę tańczenie poloneza. Ech, wyjątkowo piękne wspomnienie! I weź tu człowieku idź prosto i równo i nie zabij się w butach na 13cm obcasie, w dodatku w stanie lekkiej niejasności umysłu^^ Coś cudownego..
W ogóle, mięliśmy zacząć o godzinie 19, a w konsekwencji to nie wiem kiedy zaczęliśmy. I to nie dlatego, że straciłam kontakt z rzeczywistością - tak na marginesie, to kurde, wychodzę na jakąś pijaczkę, także od razu prostuję - NIE JESTĘ OSOBĄ O ALKOHOLOWYCH PROBLEMACH- amen - a dlatego, że wszyscy czekali już z utęsknieniem na moment rozpoczęcia i jakoś nikt nie pilnował z zegarkiem w ręce, czy minęło już pół godziny, godzina czy pięć. No i polecieliśmy z koksem, odtańczyliśmy jakoś tego poloneza. Ja zebrałam się w sobie, żeby nie wybuchnąć śmiechem tuż przed kamerą (brawka dla mnie!!). A Pan Fotograf chyba doszedł do wniosku, że jestem najodpowiedniejszą osobą do robienia za modelkę, bo zdjęcia mi cykał co pięć sekund. Echh, czułam się taka doceniona. Oczywiście nie obyło się bez typowych zdjęć a'la 'pokaż podwiązkę', które taaak uwielbiam, że aż rzygać tęczą mi się zachciało. No cóż, trzeba było przetrwać. Zrobiłam sobie perwersyjne zdjęcie z partnerem koleżanki, którego pierwszy raz na oczy widziałam, ale cóż, miły chłopak, to czemuż miałam nie cyknąć sobie z nim fotki? Brakowało tylko dziubka i lustra, i zupełnie spokojne mogłaby być 'słit focia na fejsika'. Ale o czym to ja tak polemizować miałam? Aha, no tak, co było dalej! Dalej było coraz ciekawiej. Ogólnie: tańce, hulanki, swawole i skręcone kolana. Biedaczysko. Siedziałam z nim, załatwiłam mu lód, żeby mógł sobie przyłożyć. A on co? Musiał mi tam cierpieć?! No musiał no?! Ale co tam, i tak wybawiłam się genialnie! Udało mi się uszczknąć troszkę muzyki ku rozkoszy mej duszy i z dedykacją dla Tb w głośnikach zabrzmiał Bon Jovi i "You give love a bad name". Oł jee. Były densy i było dobicie, bo więzadło nie wytrzymało. Przetrwaliśmy! Dobrze się bawiliśmy! Uznaję Studniówkę za udaną! Jestem zadowolona i HEJ! Dobrej nocy życzę, bo ja na przykład leczę obolałe kości, mięśnie i wszystko co tylko mogę...