“Nie znajdę szczęścia nigdzie na świecie, jeśli nie znajdę go najpierw wewnątrz siebie"
Tak dawno nie pisałam. Wiem, zaniedbałam bloga, siebie, swoje myśli i własne szczęście. Wiem, że skupiam się na pierdołach i strasznie mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest wiedzieć, czego się chce, doskonale to wiedzieć, znać siebie na wylot i mieć już jakiś ogląd na własne życie.. i nagle napotkać coś w swoim życiu, co przypomina o tęsknotach, leżących gdzieś głęboko na dnie naszej duszy, dawno zapomnianych rzeczach, o których ani nawet w najśmielszych snach się nie śniło, bo wydawały się być zbyt nierealne? Jak to jest zbudować siebie na nowo i w ciągu bardzo krótkiego okresu czasu z powrotem się zagubić? Wpadać w błędne koło ilekroć tylko wydaje się, że udało się od niego uwolnić? Pewnie stwierdzicie, takie życie, zbyt krótko chodzisz po tej ziemi, żeby zrozumieć, że tak to wygląda. Otóż, wiem, że takie życie, ale boli mnie to. Boli mnie to, że popadam ze skrajności w skrajność i kiedy się już w coś angażuję, to robię to na maksa, albo wcale. Z jednej strony to dobrze, bo przynajmniej potrafię zrobić to, czego pragnę, praktycznie perfekcyjne, jeśli tylko chcę, jeśli się autentycznie zaangażuję. Gorzej, kiedy w moim życiu pojawia się coś, na czym równie mocno zaczyna mi zależeć. I nie wiedzieć czemu, pojawia się konflikt interesów. Powinno to być moim motorem motywacyjnych, czymś dzięki czemu wszystko idzie pewniej, szybciej, lepiej i ogólnie, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Więc, jestem. Jestem szczęśliwa. Mam pozytywne nastawienie,powoli zaczynam uświadamiać sobie bardzo oczywiste sprawy i chyba taka choroba była mi potrzebna. Aaa, nie wspomniałam, zapalenie krtani wita, kłania się Państwu ze swym przyjacielem katarem i na szczęście zbitą już gorączką. To tak abstrahując od tematu, a już do niego wracając, w pewnym momencie, w tym maturalnym biegu, zmęczyłam się strasznie Byłam już w takim dołku, zero motywacji, zero chęci, ciągłe przemęczenie, przychodziłam ze szkoły o godzinie 12 i potrafiłam spać do 19, później zerknąć coś niby do książek i z powrotem spać. Zaczęłam przez to zastanawiać się jaki to wszystko ma sens. Ta męczarnia, starania, próby, nauka dzień po dniu, od rana do wieczora, zaniedbywanie rodziny, przyjaciół, samego siebie. Nie ma go. Dlatego moim pierwszym krokiem, który postawiłam ku lepszemu podejściu, było odpuszczenie. Tak, odpuściłam. Nie, nie odpuściłam medycyny. Tak ,wciąż marzę o tych studiach, wciąż nie widzę siebie gdzie indziej. I wielce prawdopodobne, że jeśli - daj Boże- się dostanę, to stwierdzę, że się myliłam, ale chce się o tym przekonać. Przez chorobę i nadmierną ilość czasu na rozmyślania, przez dużą ilość snu i flegmę zalegającą w gardle - wybaczcie ten szczegół, mam nadzieję, że Was to nie obrzydza- tak jakoś ogarnęłam się. Próbowałam już dawno temu, jakieś dwa miesiące mi to zajęło i w sumie, cieszę się, że zrobiłam to teraz, a nie za kolejnych dwa miesiące, kiedy obudziłabym się z ręką w nocniku, że matura, że tego tamtego siamtego nie umiem, tego nie przerobiłam, i prezentacja, i ustny angielski, i masa innych pierdół by się namnożyła w jednym momencie. A tak, wystarczy Queen i Iron Maiden w tle, i człowiekowi od razu się polepsza. Przynajmniej mnie to nastraja i jakąś taką pozytywną energię daje. I teraz właśnie kończę przynudzanie.
Aaa, jakby tak Was interesowało moje przygotowanie do matury, w punktach Wam to skrócę:
1.Biologia - w szkole, masakra; na korkach i w domu - całkiem nieźle, choć jeszcze są braki. Wiem czego nie wiem i próbuję nad tym pracować. Aktualnie po raz drugi powtórzyłam fizjologię i anatomię ludzia, a trzeba jeszcze polecieć w kulki raz jeszcze z genetyką.
2.Chemia- w szkole, to samo co z biologią, na korkach i w domu - kiepsko i poziom niesatysfakcjonujący, ale spinam pośladki, karcę siebie bardzo za każdy błąd, staram mieć pozytywne nastawienie, bo wierzę, że to połowa sukcesu. Kurde, muszę te białka i cukry wreszcie dokończyć, bo będzie dramat. Uff..
3.Matematyka- w szkole - progres, poziom zadowalający jak na tą nauczycielkę; na korkach i w domu - wiem, że stać mnie na więcej, dlatego nie psioczę już, nie lamentuję i nie użalam się nad sobą, tylko biorę w garść swoje szare komóreczki i zmuszam je do koncentracji.
4.Angielski - w szkole - yyy, może pozostawię w ogóle bez komentarza. Liczę chyba na łut szczęścia, bo tyle co się przygotowuję do sprawdzianów powtórkowych, coś ogarniam słówka. Pasowałoby czasy tak znośne przerobić jeszcze. Cóż, wszystko przede mną.
5.Polski - no i najlepsze zostawiłam na koniec. Taka wisienka na torcie. Kocham to o prostu, kocham. I pomyśleć, że marzyłam o humanie, pchałam się na humana, wręcz łokciami się rozpychałam, żeby się tam dostać. A teraz? Nie dość, że totalnie olewam, to jeszcze moja polonistka całkiem zmieniła mi literaturę przedmiotu, a jak jej gotową już skończoną pracę wysłałam, to paczę, ona mi odesłała i czytam czytam i kur*... wybaczcie, ale mnie zatkało. Zupełnie co innego. Inna praca. Inne spojrzenie na temat. Normalnie, nie wiem jak się zachować. Znaczy, moje pierwsze posunięcie to był mail do Cioteczki, która mi pomaga, także, liczę, że razem z nią to jakoś ogarnę. Ech..
Asierozpisałam. Dobra, koniec, nie piszę nic więcej, zmykam do jakiejś pracy koncepcyjnej, bo czasu multum, a pasowałoby móc powiedzieć samej sobie dziś wieczorem - tak, udało mi się, zrobiłam dokładnie to co chciałam, spędziłam ten dzień produktywnie.
Tak dawno nie pisałam. Wiem, zaniedbałam bloga, siebie, swoje myśli i własne szczęście. Wiem, że skupiam się na pierdołach i strasznie mnie to denerwuje. Wiecie jak to jest wiedzieć, czego się chce, doskonale to wiedzieć, znać siebie na wylot i mieć już jakiś ogląd na własne życie.. i nagle napotkać coś w swoim życiu, co przypomina o tęsknotach, leżących gdzieś głęboko na dnie naszej duszy, dawno zapomnianych rzeczach, o których ani nawet w najśmielszych snach się nie śniło, bo wydawały się być zbyt nierealne? Jak to jest zbudować siebie na nowo i w ciągu bardzo krótkiego okresu czasu z powrotem się zagubić? Wpadać w błędne koło ilekroć tylko wydaje się, że udało się od niego uwolnić? Pewnie stwierdzicie, takie życie, zbyt krótko chodzisz po tej ziemi, żeby zrozumieć, że tak to wygląda. Otóż, wiem, że takie życie, ale boli mnie to. Boli mnie to, że popadam ze skrajności w skrajność i kiedy się już w coś angażuję, to robię to na maksa, albo wcale. Z jednej strony to dobrze, bo przynajmniej potrafię zrobić to, czego pragnę, praktycznie perfekcyjne, jeśli tylko chcę, jeśli się autentycznie zaangażuję. Gorzej, kiedy w moim życiu pojawia się coś, na czym równie mocno zaczyna mi zależeć. I nie wiedzieć czemu, pojawia się konflikt interesów. Powinno to być moim motorem motywacyjnych, czymś dzięki czemu wszystko idzie pewniej, szybciej, lepiej i ogólnie, jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Więc, jestem. Jestem szczęśliwa. Mam pozytywne nastawienie,powoli zaczynam uświadamiać sobie bardzo oczywiste sprawy i chyba taka choroba była mi potrzebna. Aaa, nie wspomniałam, zapalenie krtani wita, kłania się Państwu ze swym przyjacielem katarem i na szczęście zbitą już gorączką. To tak abstrahując od tematu, a już do niego wracając, w pewnym momencie, w tym maturalnym biegu, zmęczyłam się strasznie Byłam już w takim dołku, zero motywacji, zero chęci, ciągłe przemęczenie, przychodziłam ze szkoły o godzinie 12 i potrafiłam spać do 19, później zerknąć coś niby do książek i z powrotem spać. Zaczęłam przez to zastanawiać się jaki to wszystko ma sens. Ta męczarnia, starania, próby, nauka dzień po dniu, od rana do wieczora, zaniedbywanie rodziny, przyjaciół, samego siebie. Nie ma go. Dlatego moim pierwszym krokiem, który postawiłam ku lepszemu podejściu, było odpuszczenie. Tak, odpuściłam. Nie, nie odpuściłam medycyny. Tak ,wciąż marzę o tych studiach, wciąż nie widzę siebie gdzie indziej. I wielce prawdopodobne, że jeśli - daj Boże- się dostanę, to stwierdzę, że się myliłam, ale chce się o tym przekonać. Przez chorobę i nadmierną ilość czasu na rozmyślania, przez dużą ilość snu i flegmę zalegającą w gardle - wybaczcie ten szczegół, mam nadzieję, że Was to nie obrzydza- tak jakoś ogarnęłam się. Próbowałam już dawno temu, jakieś dwa miesiące mi to zajęło i w sumie, cieszę się, że zrobiłam to teraz, a nie za kolejnych dwa miesiące, kiedy obudziłabym się z ręką w nocniku, że matura, że tego tamtego siamtego nie umiem, tego nie przerobiłam, i prezentacja, i ustny angielski, i masa innych pierdół by się namnożyła w jednym momencie. A tak, wystarczy Queen i Iron Maiden w tle, i człowiekowi od razu się polepsza. Przynajmniej mnie to nastraja i jakąś taką pozytywną energię daje. I teraz właśnie kończę przynudzanie.
Aaa, jakby tak Was interesowało moje przygotowanie do matury, w punktach Wam to skrócę:
1.Biologia - w szkole, masakra; na korkach i w domu - całkiem nieźle, choć jeszcze są braki. Wiem czego nie wiem i próbuję nad tym pracować. Aktualnie po raz drugi powtórzyłam fizjologię i anatomię ludzia, a trzeba jeszcze polecieć w kulki raz jeszcze z genetyką.
2.Chemia- w szkole, to samo co z biologią, na korkach i w domu - kiepsko i poziom niesatysfakcjonujący, ale spinam pośladki, karcę siebie bardzo za każdy błąd, staram mieć pozytywne nastawienie, bo wierzę, że to połowa sukcesu. Kurde, muszę te białka i cukry wreszcie dokończyć, bo będzie dramat. Uff..
3.Matematyka- w szkole - progres, poziom zadowalający jak na tą nauczycielkę; na korkach i w domu - wiem, że stać mnie na więcej, dlatego nie psioczę już, nie lamentuję i nie użalam się nad sobą, tylko biorę w garść swoje szare komóreczki i zmuszam je do koncentracji.
4.Angielski - w szkole - yyy, może pozostawię w ogóle bez komentarza. Liczę chyba na łut szczęścia, bo tyle co się przygotowuję do sprawdzianów powtórkowych, coś ogarniam słówka. Pasowałoby czasy tak znośne przerobić jeszcze. Cóż, wszystko przede mną.
Asierozpisałam. Dobra, koniec, nie piszę nic więcej, zmykam do jakiejś pracy koncepcyjnej, bo czasu multum, a pasowałoby móc powiedzieć samej sobie dziś wieczorem - tak, udało mi się, zrobiłam dokładnie to co chciałam, spędziłam ten dzień produktywnie.
Mi się dzisiaj śniła matura, że jestem w szkole z moją klasą i wchodzimy na ustny polski. Obudziłam się zestresowana. :)
OdpowiedzUsuńZdajesz matmę rozszerzoną?
Nawet nie strasz mnie snami o maturze, bo -odpukać w niemalowane- jeszcze ich nie miałam :p Niestety nie zdaję, czym prawdopodobnie wcale sobie nie pomogłam :/
UsuńJa jeszcze mam dylemat- fizyka podstawa, czy wcale? Matma podstawa, czy słabo zapowiadające się rozszerzenie? Pewnie zdecyduję w dniu wypełniania deklaracji. :)
UsuńWiesz, u mnie w klasie było wielu, którzy właśnie tak decydowali. Np. rozwalił mnie kolega, który zapytał co ma zdawać czy chemię czy historię O_o spojrzałam na niego zdziwionym wzrokiem, bo jak dla mnie, to chyba raczej jego decyzja, a nie moja, no więc, doradziłam, żeby zdawał to, w czym się czuje mocniejszy. W konsekwencji nie zdaje ani jednego ani drugiego^^ A Ty po prostu pomyśl w czym się czujesz pewniej i czy, i co jest potrzebne na Twoją wymarzoną uczelnie, czy na tą, na którą chcesz startować. Masz jeszcze sporo czasu, ja w zeszłym roku o tej samej porze miałam zupełnie inny ogląd na sprawę. A teraz to już bliżej niż dalej do końca i w sumie szkoda mi czasu na myślenie, że mogłabym jednak to rozszerzenie zdawać. Mogłam i możliwe, że kiedyś pożałuję, że jak miałam okazje, to nie zaznaczyłam sobie na deklaracji, ale cóż :)
UsuńHaha czytam Twojego bloga i czytam, i muszę stwierdzić, że.... jestem cholernie do Ciebie podobna. Czy tam Ty do mnie. Haha, ale dziwnie, mamy tyle wspólnych cech i upodobań, wewnętrznych rozterek o podobnym toku. Z tym, że ja z chłopakiem się niedawno rozstałam :p Pozdrawiam Cię serdecznie i cóż.. życzę nam obu szczęścia, Bożej opieki i dostania się na lekarski :D
OdpowiedzUsuńOjej, miło mi strasznie, że ktoś w podobny sposób do mnie myśli, podobnie postrzega różne kwestie. Współczuję rozstania z chłopakiem, dzięki za życzenia i cóż, też życzę Bożej opieki i dostania się na lekarski ;) A nuż okaże się, że spotkamy się na uczelni ;>
Usuń