'Odbierz przeciętnemu człowiekowi jego kłamstwo życia, a wziąłeś mu zarazem całe szczęście.'Kłamstwo ma krótkie nogi, powtarzała mi Mama kiedy byłam małą dziewczynką i jak to dzieci, oszukiwałam we wszystkim w czym tylko mogłam. Dziś, gdy dziewczynką już nie jestem, a z małością mam raczej niewiele wspólnego, przekonuje się, że to nie ma znaczenia. Kłamiemy, oszukujemy, łżemy na każdym kroku. Często nawet sami siebie wprowadzamy w błąd, po to, by uniknąć - sama nie wiem - bólu, cierpienia? Nie możemy być takimi, jakimi jesteśmy, bo doskonale wiemy, że większość znajomych nie zaakceptowałaby nas. Inność spotyka się z wrogością. Posiadanie odmiennego zdania, innego światopoglądu i zupełnie odbiegających od przyjętych przez rówieśników ambicji, potrafi piętnować przez całą drogę życia. Człowiek czuje się pusty. Ma wrażenie, że to on jest tak beznadziejny, że nigdy nie znajdzie towarzystwa, w którym będzie czuł się dobrze. Do czego zmierzam, życie zmusza nas do przystosowywania się do różnych sytuacji, a więc do pewnych zmian, odbiegających od naszego poglądu na nie. Doskonale wiemy, że bycie sobą, ale takim prawdziwym, postępowanie zgodnie z wyznawanymi przez nas zasadami, w większości spotyka się z dezaprobatą. Mówimy - i jakże wspaniale to brzmi -, że nigdy się dla nikogo nie zmienimy, że jeśli ktoś nie zaakceptuje nas takimi, jakimi jesteśmy, nie ma co się nim przejmować. Jakiś czas temu oglądałam dość ciekawy dokument odnośnie ludzkiego mózgu, jego funkcjonowania i reagowania w różnych sytuacjach. Tak więc, doszłam do wniosku, że wmawianie innym, że nie zmienimy się dla nikogo jest totalną bzdurą. Człowiek już po dziesięciu sekundach rozmowy (o ile pamięć mnie nie myli) przejmuje pewne cechy swego rozmówcy, a więc, chcąc nie chcąc, zmienia się dla niego i robi to całkiem nieświadomie. W pewnym sensie, przystosowuje się.
Pytanie, które zadaję sobie sama, ale innym również jest następujące: Czy istnieje miejsce, gdzie możemy być sobą? Bo jeśli takie znacie, to dajcie mi znać gdzie ono jest.
Możliwe, że jestem trochę rozczarowana, zdegustowana, nie wiem, zrezygnowana? Bo jestem. Może przy jednej, czy dwóch osobach wiem, że mogę powiedzieć wszystko i nie spotkam się z wyśmianiem, dziwnym wzrokiem a'la "o czym ty w ogóle ze mną rozmawiasz?". No, może są takie trzy osoby, gdzie dwie z nich to Mama i A - a więc moja rodzina - trzecią natomiast jest D, która jeszcze znosi mój dość trudny charakterek. Jestem wkurzona, bo chciałabym być sobą w stosunku do każdego, a wiem, że nie bardzo mogę, bo przez to zwykle tracę już na starcie znajomości. Przynajmniej odnoszę takie wrażenie, choć D usilnie próbuje mnie przekonać, że jest inaczej. Również w gronie rodzinnym, w którym - haa!- raczej powinno się być sobą, czuć dobrze, komfortowo, etc.etc. przeważnie udajemy kogoś innego. Nie lubimy opowiadać się ze swojego życia, z błędów, które popełniliśmy. To prawda, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach . Kiedy w zeszłym tygodniu byłam na imieninach Dziadka, gdzie oczywiście pojawiło się kilku innych gości, zaczęłam się zastanawiać. Cała ta sytuacja była dziwna, krępująca i raczej niezbyt przyjemna. Wszyscy udawali, że się dobrze bawią, że z chęcią rozmawiają z "bliskimi", a tak na prawdę, widać było, że większość marzy o końcu tej udręki i powędrowaniu do swoich ciepłych, przyjemnych domostw. I to raczej normalne, ja również o tym marzyłam. Tym bardziej, że rozmowa nie bardzo się kleiła, mój kochany Ojczulek - jak z resztą zwykle - ze wszystkimi się przekomarzał , udowadniając, że to on ma zawsze racje, pod każdym względem, nawet jeśli nie miał pojęcia na dany temat. Kiedy miałam coś powiedzieć, wolałam milczeć. Widziałam te pobłażliwe wzroki i szydercze uśmieszki. Czy na prawdę tak musi być? Czy wszędzie są takie rodziny? Wiem, że nie i żałuję, że moja jest taka jaka jest. No ale cóż, rodziny się nie wybiera. Możliwe, że jestem trochę rozgoryczona, a może to przez Tabcin, który ma na mnie dosyć dziwny wpływ.
Reasumując, chciałabym móc Być Sobą. Nie udawać nikogo innego. Może to wypływa z mojej silnej potrzeby akceptacji przez jakąś społeczność? A może po prostu tak już jest. Mama i A ciągle powtarzają mi, że trafię na ludzi, wśród których bez zastanowienia będę mogła rozmawiać o sekcjach zwłok i szczegółach ich przeprowadzania. O rzeczach, o których nawet Rodzicom czy Siostrze nie bardzo mogę opowiadać, bo brzydzi ich to, bo zaraz lamentują "co ja to oglądam". I w sumie, teraz i ja się oszukuję, bo wmawiam sobie, że tak będzie, że kiedyś natrafię na "pokrewne dusze". Życie to jedno wielkie kłamstwo.
Hmm, kiedyś miałam pogląd podobny do Twojego, ale potem znalazłam moje pokrewne dusze i wiem, że są ludzie, przy których można o każdej porze być sobą i miejsca, gdzie nie trzeba nakładać maski. W swoim czasie nie mogłam się odnaleźć zadając się z ludźmi i chodząc w miejsca, gdzie nie można być sobą. Po pewnym czasie wsłuchałam się w siebie i odkryłam, że są miejsca, w których czuję się swobodnie i od tamtej pory nie zmuszam się do rozmów z ludźmi, przy których nie jestem sobą ani do przebywania w takich miejscach. Szukaj a i Ty znajdziesz. :)
OdpowiedzUsuń